You are on page 1of 73

Benjamin HOFF

Te Prosiaczka
R E B I S
Ilustrował Ernest H. Shepard
Tłumaczył Rafał T. Prinke
DOM WYDAWNICZY „REBIS” POZNAŃ 1993

Dla Lan Ts'ai-ho

— Niełatwo być odważnym, kiedy jest się tylko Bardzo Małym Zwierzątkiem —
powiedział Prosiaczek, lekko pociągając noskiem.

Królik, który z wielkim skupieniem zabierał się do pisania, podniósł łebek i powiedział:
— Właśnie dlatego, że jesteś Bardzo Małym Zwierzątkiem, możesz się przydać w
przedsięwzięciu, jakie mamy przed sobą.

Spis treści

Co? Następna książka? 5


Wtrącenie 8
Eeee... — jak to się nazywa? — Prosiaczka 10
Bardzo Małe Zwierzątko 17
Efekt Kłapouchego 31
Skłonność Tygrysa 45
Jak się rzeczy mogłyby mieć 57
Jak się rzeczy mają 74
Proste serce 91
Dzień Prosiaczka 108
Pożegnanie 127

Co? Następna książka?

Pewnego dnia, nie tak dawno, zastałem Prosiaczka siedzącego samotnie na moim biurku,
spoglądającego rzewnymi oczkami przez okno. Spytałem, co robi...
—Ach, tak sobie marzę — odparł.
Marzysz o czym? — pytałem dalej.
Właściwie o niczym — powiedział, a jego uszka zrobiły się bardziej różowe niż zwykle.
Wiesz, że nie będę się z ciebie śmiał, jeżeli mi powiesz.
Taaak... tylko sobie tak myślałem...
No?
Tylko marzyłem... że pewnego dnia ktoś zwróci na mnie uwagę.
Ja cię zauważam.
Ale chodzi mi o to... to znaczy... że wszyscy zauważają Puchatka....
Tak, prawie wszyscy go zauważają, odkąd, wiele lat temu, pojawiły się książki o Puchatku.
A szczególnie teraz — powiedział Prosiaczek. — Sam wiesz, z jakiego powodu.
Ach, tak — odparłem. — O mało co bym zapomniał.

I wtedy również ja zacząłem spoglądać z rozrzewnieniem przez okno, wspominając wiosnę


1982 roku. Wtedy bowiem Dutton wydał moją książkę zatytułowaną Tao Kubusia Puchatka.
Wydało mi się, że było to już tak dawno temu...
Tao Kubusia Puchatka było reakcją na to wszystko, co robiono z taoizmem. Książki w języku
angielskim na temat chińskiej filozofii taoizmu — która, jak zacząłem to sobie uświadamiać,
była czymś znacznie więcej niż „filozofią" i bynajmniej nie wyłącznie „chińską" — były przez
wiele lat zdominowane przez naukowców bardziej zainteresowanych katalogowaniem i
sprzeczaniem się o drobiazgi bez znaczenia niż przekazywaniem praktycznej mądrości zasad
taoistycznych.
Przez większą część mojego życia uczyłem się tych zasad od różnych mistrzów taoizmu.
Niektórzy z nich byli prawdziwymi duchowymi mistrzami, inni napuszonymi badaczami.
Niektórzy z nich byli Chińczykami, inni nie; niektórzy z nich byli ludźmi, inni nie (i ci byli
najlepszymi nauczycielami). Znieważano ich i wykpiwano w „taoistycznych" dziełach
naukowców, którzy taoistami nie byli, których nie uczyli taoiści i którzy nie uprawiali
taoistycznych sztuk i ćwiczeń — a jednak zmonopolizowali taoizm i drwili z każdego, kto
ośmielił się zasugerować, że może być coś jeszcze poza tym, o czym oni mówią.
Czytywałem takie rzeczy jak opis walki mieczem pióra taoistycznego pisarza Chuang-tse,
przetłumaczony w formie zupełnie nonsensownej przez pewien Autorytet wyraźnie nie
znający nawet najbardziej podstawowych zasad taoistycznych sztuk walki... I zastanawiałem
się, czy nie można by czegoś z tym zrobić.
Pewnego dnia, cytując komuś słowa z Kubusia Puchatka A. A. Milne'a, wpadłem na pomysł.
Mógłbym napisać książkę wyjaśniającą taoizm poprzez postaci z Kubusia Puchatka i Chatki
Puchatka. To, jak mi się zdawało, uwolniłoby taoizm z rąk akademików i wróciło mu ową
dziecięcą prostotę i poczucie humoru, które oni zagubili.
Słysząc o takim pomyśle, niektórzy z Kłapouchych odradzali mi go. Jednak słuchanie rad
Kłapouchych rzadko wydawało mi się szczególnie dobrą rzeczą. Wręcz przeciwnie. Jeżeli jakiś
Kłapouchy jest czemuś przeciwny, to dochodzę do wniosku, że coś w tym musi być.
I w ten sposób powstała książka. Opublikowano ją i (jak sądziłem) sprawa została zamknięta.
Ale tak się nie stało. To był właściwie dopiero początek.
Przed opublikowaniem Tao Kubusia Puchatka nie spotykało się wielu ludzi z Zachodu
dyskutujących na temat taoizmu, którzy by nie byli naukowcami albo mistykami. Dzisiaj
zasady taoistyczne opisywane są w publikacjach dotyczących biznesu, nauk ścisłych,
psychologii, zdrowia, sportu, muzyki, sztuki, literatury, programowania komputerów i wielu
jeszcze innych dziedzin. Mówi się o nich na strategicznych naradach wielkich korporacji, na
lekcjach w szkołach średnich, na uniwersytetach i zebraniach wszelkiego typu. I (według
tego, co czytałem i słyszałem) najczęściej zalecaną książką wyjaśniającą zasady taoizmu jest
Tao Kubusia Puchatka. Wyższe uczelnie używają go jako podręcznika taoizmu, psychiatrzy
dają egzemplarze swym pacjentom, duchowni cytują go w kazaniach, trenerzy chińskich
sztuk walki czytają go swoim uczniom itd. Słyszałem nawet, że niektórzy właściciele moteli
kładą egzemplarz książki w każdym pokoju. Wygląda zatem na to, że Tao Kubusia Puchatka
(znane też jako The Tao of Pooh, Le Tao de Pooh, Tao enligt Puh, Nalle Puh ja Tao i temu
podobne) jest znane i lubiane na całym świecie. I muszę powiedzieć, że Puchatkowi było z
tego powodu niezmiernie miło.
Ojej, Puchatku! — powiedzieli wszyscy z wyjątkiem Kłapouchego.
Dziękuję — powiedział Puchatek.
A Kłapouchy powiedział pod nosem do siebie:
—Jakieś sztuczki do pisania. Ołówki i coś tam jeszcze.
Mocno przecenione, moim zdaniem. Bzdura. Nic ważnego.
Tak więc Tao Kubusia Puchatka uznane zostało za Znaczący Sukces. I do niedawna
uważałem, że to już rzeczywiście koniec tej sprawy. Wyjaśniłem zasady taoizmu. Dobrze się
bawiłem z Puchatkiem i naszymi przyjaciółmi. Były jednak inne sprawy, którymi chciałem się
zająć, i inni przyjaciele, z którymi chciałem się bawić.
—Zatrzymajcie ten Znaczący Sukces — prosiłem. — Chcę wysiąść.
Ale nikt nie chciał mnie wypuścić.
—Nie, nie zamierzam napisać dalszego ciągu Tao Kubusia Puchatka. Nie lubię dalszych
ciągów. Bardzo wam dziękuję. Do widzenia.
Ale powoli i niezauważalnie — do tego stopnia, że długo sam o tym nie wiedziałem — coś
zaczynało wkradać się do mojej świadomości. Pewien cienki głosik próbował przywołać moją
uwagę. Po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że był to głos Prosiaczka. W końcu usiadłem i
zacząłem słuchać. A posłuchawszy chwilę, zacząłem notować... Prosiaczek twierdził, że wiele
jest jeszcze do powiedzenia i że nikt tego nie mówi, a właśnie dzisiaj trzeba to powiedzieć. W
nadchodzących latach — jak mówił — będzie to jeszcze ważniejsze. Druga książka nie musi
być „dalszym ciągiem", ale dopełnieniem, tak jak Chatka Puchatka dopełnia Kubusia
Puchatka. Dlaczego słuchałem Prosiaczka? Odpowiedź leży w przeszłości.
W dzieciństwie, kiedy po raz pierwszy czytano mi o Puchatku, moim ulubieńcem stał się od
samego początku Prosiaczek. Wiedziałem o tym, ale nie wiedziałem, dlaczego tak było. Teraz
już wiem. I mam nadzieję, że zanim skończysz czytać tę książkę, też będziesz wiedział.

Wtrącenie

Mieliśmy zamiar umieścić tu Wprowadzenie, ale coś już wepchnęło się wcześniej.
Stwierdziliśmy więc, że w takiej sytuacji nie możemy tego nazwać Wprowadzeniem.
Zapytaliśmy Sowę, która jest osobą najwłaściwszą do konsultowania takich spraw, jak
nazwać Wprowadzenie, które następuje już po czymś innym.
— Wtrącenie — odpowiedziała ze znajomością rzeczy.A ponieważ Sowa mówi, że to jest
Wtrącenie, no to tak z pewnością musi być. Tak więc, na początek....

- Ale czy to jest o mnie? — zapytał Puchatek.


-Och, Puchatku. Nie wiedziałem, że tu jesteś.
-Mało kto mnie już zauważa — stwierdził Puchatek ze smutkiem w głosie.
-Oczywiście, Puchatku, że jesteś. Teraz.
-To dobrze — powiedział, wyraźnie uradowany.

Chcielibyśmy wyjaśnić w tym Wtrąceniu...

— Tym „czym"? — spytał znów Puchatek.


- Wtrąceniu. Tym, co właśnie robimy.
- Ach. Czy to coś takiego jak Wytrącanie?
-No, coś tego rodzaju, jak sądzę.

W każdym razie, w tym Wtrąceniu chcielibyśmy wyjaśnić — i musimy to powiedzieć bardzo


cichutko — że ta książka nie jest tylko o Puchatku.

-Przepraszam, że co? — powiedział Puchatek. — Czy ktoś coś mówił?


-Ja nic nie słyszałem — odparłem.
-Aha — powiedział Puchatek.
-Hej, Puchatku — czy tam na drzewie za oknem nie siedzi jakiś rzadki okaz ptaka? A może to
ryba?
- Nic nie widzę.
- Jestem pewien, że to ryba. Jedna z tych najrzadszych.
- Niewątpliwie — zgodził się Puchatek. — Jeżeli siedzi na drzewie.
- Idź, proszę, i sprawdź to, Puchatku. Otworzę ci drzwi. Dobrze się jej przypatrz. Do widzenia.

* * *

Tak więc zasadniczo nie jest to książka o Puchatku, ale raczej o Prosiaczku. Na jej stronach
Drogę będzie nam wskazywał bojaźliwy i tęskniący za czymś Prosiaczek, a nie wygodny i
zadowolony z siebie Puchatek. Innymi słowy, będziemy spoglądać na rzeczywistość pod
nieco odmiennym kątem. Ponieważ tym razem zajmujemy się bardziej nieśmiałym
zwierzątkiem, ta książka może sprawiać wrażenie nieco bardziej poważnej niż jej
poprzedniczka. Ale...

— Ach, tu jesteś — powiedział Królik. —Prosiaczek wpadł do kosza na śmieci.

Może „poważna" to nie jest najwłaściwsze słowo. Może...

— Pomocy! Pomocy!

...lepszym słowem byłoby „spokojniejsza".

BUMS!!!***?
-Wielkie nieba! A to co znowu?
-Tygrys go uratował — wyjaśnił Królik.
-Biedny Prosiaczek. Powiedz mu, że zaraz tam przyjdę.

Przepraszam.

Eeee... — jak to się


nazywa? — Prosiaczka

Pewnego dnia, gdy słońce znów ukazało się nad Lasem, przynosząc z sobą majowe wonie, a
leśne strumyki szemrały radośnie, że znowu są śliczne, tak jak dawniej; gdy małe kałuże
śniły sobie spokojnie o tym, co widziały, i których przygodach, których zaznały; gdy w cieple i
ciszy Lasu kukułka ostrożnie próbowała swego głosu i nasłuchiwała uważnie, jak też on
brzmi; gdy leśne gołębie użalały się między sobą i gruchały łagodnie o tym, że to była,
oczywiście, wina tamtego i owego, ale że to nie ma większego znaczenia — otóż jednego z
takich dni Krzyś gwizdnął w umówiony sposób
i w chwilę potem przyfrunęła Sowa ze Stumilowego Lasu, aby dowiedzieć się, czego się od
niej żąda.

Ach — Puchatek i Prosiaczek. Wejdźcie, proszę, i rozgośćcie się. Przyszliście akurat na czas.
Czas na co? — zapytał Puchatek z na dzieją w głosie. — Na małe...
Na małe Conieco taoizmu.
Hmm.
Czy to niebezpieczne? — spytał Prosiaczek.
Ani trochę. Wiesz, co to taoizm?
Tak — odparł Prosiaczek, niezupełnie pewien. — Oczywiście.
Widzisz, zanim pójdziemy dalej, musimy wyjaśnić taoizm.
Czy nie zrobiliśmy już tego? — zapytał Puchatek.
To było w Tao Kubusia Puchatka. Tutaj też musimy powiedzieć coś Wyjaśniającego. Tak na
wszelki wypadek.
Na wypadek czego? — zdenerwował się Prosiaczek.
Na wypadek... No, po prostu na wszelki wypadek. Myślę, że Puchatek mógłby coś o tym
powiedzieć, ale on pewnie nie pamięta, co to takiego.
Oczywiście, że mogę — powiedział Puchatek. — To jest... To coś takiego jak... A może nie?
Chodzi mi o to, że...
Tak też myślałem.
Kiedy ostatnio wyjaśniałeś taoizm — powiedział Prosiaczek — pojechaliście z Puchatkiem do
Chin. Jeżeli mamy znów tak zrobić, tobędę musiał spakować trochę rzeczy.
Nie, nie musimy jechać do Chin. Zostaniemy tu, gdzie jesteśmy.
To dobrze — zamruczał Puchatek i podreptał do kuchni.
Ponieważ zaczniemy od taoistycznego wyjaśnienia pochodzenia taoizmu, możemy równie
dobrze zostać tutaj. Albowiem gdziekolwiek na świecie byśmy się znaleźli w dowolnym
momencie, tam właśnie powstał taoizm — bez względu na to, czy go tak nazywano, czy
inaczej. Powstał on przed Wielkim Rozdzieleniem...

Tysiące lat temu człowiek żył w harmonii z przyrodą. Za pomocą tego, co dziś nazwalibyśmy
telepatią, porozumiewał się ze zwierzętami, roślinami i innymi formami życia, z których
żadnej nie uważał za „niższą" od siebie, a jedynie inną, mającą inne zadania do spełnienia.
Pracował ramię w ramię z aniołami ziemi i duchami przyrody, z którymi dzielił
odpowiedzialność za opiekę nad światem.
Atmosfera ziemska różniła się bardzo od dzisiejszej — była znacznie bardziej wilgotna,
pozwalając bujnie rozwijać się roślinności. Łatwo dostępne było niezmiernie różnorodne
pożywienie: jarzyny, owoce, nasiona i zboża. Dzięki takiej diecie i wskutek braku
nienaturalnego wysiłku, długość życia ludzkiego była wielokrotnie większa niż dzisiaj.
Zabijanie zwierząt dla pokarmu lub jako „sport" było nie do pomyślenia. Człowiek żył w
zgodzie z samym sobą i różnorodnymi formami życia, które uważał za swych nauczycieli i
przyjaciół.
Ale, najpierw stopniowo, a potem coraz intensywniej, ludzkie ego zaczęło się rozrastać i
rozpychać. W końcu, kiedy stało się przyczyną wielu niemiłych incydentów, uchwalono, że
człowiek powinien zostać oddzielony, aby się czegoś nauczył. I tak wszelkie związki zostały
zerwane.
Samodzielny, z uczuciem odrębności wobec świata, który go stworzył, odcięty od pełni jego
bogactwa — człowiek przestał być szczęśliwy. Zaczął więc szukać utraconego szczęścia.
Kiedy znajdował coś, co mu je przypominało — próbował to posiąść i zabrać jak najwięcej, w
ten sposób wprowadzając do swego życia napięcie. Poszukiwanie trwałego szczęścia i
gromadzenie jego nietrwałych namiastek nie dawało mu jednak zadowolenia.
Ponieważ nie potrafił już słyszeć tego, co mówiły inne formy życia, mógł jedynie próbować
zrozumieć je przez ich działania, które często opacznie interpretował. Ponieważ nie
współdziałał już z aniołami ziemi i duchami przyrody dla dobra wszystkich, ale usiłował
manipulować siłami ziemi jedynie dla własnego dobra, rośliny poczęły kurczyć się i umierać.
Atmosfera planety stała się sucha i pojawiły się pustynie. Przetrwało jedynie niewiele roślin, a
i te z czasem wyrastały mniejsze i twardsze. W końcu utraciły wyraziste kolory i obfitość
owoców swych przodków. Długość życia ludzkiego zaczęła się odpowiednio zmniejszać,
pojawiły się i rozpowszechniły choroby. Z powodu coraz mniejszych zasobów żywności — i
coraz intensywniejszego życia — człowiek zaczął zabijać i zjadać swych przyjaciół —
zwierzęta. Szybko nauczyły się one uciekać na widok człowieka i stawały się coraz bardziej
nieufne wobec jego intencji i zachowań. I tak Rozdzielenie się powiększało. Po kilku
pokoleniach niewielu ludzi miało pojęcie o tym, jakie niegdyś było życie człowieka.
Kiedy stosunek człowieka do ziemi stawał się jeszcze bardziej instrumentalny i rabunkowy, a
jego świat społeczny i duchowy ograniczył się jedynie do świata jego gatunku — stosunek
człowieka do własnej rasy stał się również instrumentalny i rabunkowy. Ludzie zaczęli zabijać
i niewolić siebie nawzajem, tworząc armie i cesarstwa, zmuszając tych, którzy wyglądali,
mówili, myśleli i zachowywali się inaczej niż oni, do uznania tego, co sami uważali za
najlepsze.
Życie stało się taką niedolą dla rodzaju ludzkiego, że jakieś dwa do trzech tysięcy lat temu
doskonałe duchy poczęły się rodzić na ziemi w ludzkich ciałach, aby nauczać prawd, które w
większości zostały już zapomniane. Jednak do tego czasu ludzkość już się tak podzieliła i
zatraciła wrażliwość na powszechne prawa działające w świecie przyrody, że owe prawdy
były jedynie częściowo zrozumiałe.
Z upływem czasu nauki owych doskonałych duchów były zmieniane z powodów, które można
by nazwać politycznymi, przez dziedziczące je — tak bardzo ludzkie — organizacje. Ci, którzy
doszli do znaczenia w tych organizacjach, pragnęli władzy nad innymi. Umniejszali wagę
innych form życia i wykreślali z nauk stwierdzenia mówiące, że te formy mają dusze,
mądrość i boski pierwiastek — i że niebiosa, z którymi byli w kontakcie, to stan Jedności z
Boskim Pierwiastkiem, możliwy do osiągnięcia przez każdego, kto odsunie swe ego i podda
się powszechnym prawom. Zaślepieni głodem władzy pragnęli, by ich wyznawcy wierzyli, że
niebiosa to miejsce, do którego niektórzy ludzie — i tylko ludzie — idą po śmierci, miejsce, do
którego można się dostać jedynie za pozwoleniem ich organizacji. Nawet doskonałe duchy
nie potrafiły przywrócić pełni prawdy ze względu na negatywny wpływ ludzkiego ego.
W ciągu wieków opowieści o Wielkim Rozdzieleniu i Złotym Wieku, który istniał wcześniej,
przekazywane były przez wrażliwych i mądrych. Dziś na przemysłowym Zachodzie uznaje się
je za zwykłe legendy i mity — fantazje, w które wierzyć mogą jedynie naiwni i
niewykształceni, opowieści oparte wyłącznie na wyobraźni i emocjach. Pomimo tego, że dość
spora liczba ludzi widziała anioły ziemi i duchy przyrody, a nawet z nimi rozmawiała, i że
niejedna duchowa społeczność wyhodowała cudowne owoce i warzywa dzięki współdziałaniu
z nimi i uprawianiu ziemi według ich wskazówek — opisy takich istot są powszechnie
odrzucane jako „bajki". Również opisy Wielkiego Rozdzielenia, często podkolorowane i
uproszczone, można znaleźć w świętych księgach religii całego świata, ale należy wątpić, czy
wielu wyznawców tych religii rzeczywiście w nie wierzy.
Niemniej jednak wiele umiejętności, wierzeń i praktyk z okresu przed Rozdzieleniem
przetrwało. Na kontynencie północnoamerykańskim są one przekazywane w tym, co
pozostało z nauk „indiańskich". W Europie zasadniczo już wymarły zupełnie, ale pewne ślady
ich wpływu można nadal zauważyć w takich stosunkowo młodych zjawiskach, jak kręgi
kamienne i „linie mocy" (przez Chińczyków zwane „smoczymi żyłami"), czyli kanały, wzdłuż
których koncentruje się energia ziemska. W Tybecie, do czasu inwazji komunistycznej, dawne
nauki przechowywał buddyzm tybetański, w którym wiele tajemnych praktyk pochodzi z
czasów poprzedzających buddyzm właściwy o tysiące łat. W Japonii można je znaleźć w
niektórych rytuałach i wierzeniach ludowej religii szintoizmu („drogi duchów"). W Chinach zaś
przekazywane były w taoizmie. Co więcej, mimo silnej opozycji ze strony komunistycznych
władz chińskich, przekazywane są nadal.
W dużym uproszczeniu, taoizm to droga życia w harmonii z Tao, Drogą Wszechświata, która
przejawia się w działaniu świata przyrody. Taoizm można by nazwać filozofią albo religią,
albo też ani jednym, ani drugim, ponieważ w swych wielu formach nie przystaje do żadnych
zachodnich definicji i pojęć.
W Chinach taoizm jest czymś, co można by uznać za przeciwwagę konfucjanizmu,
skodyfikowanych i zrytualizowanych nauk K'ung Fu-tse, czyli „Mistrza K'ung", na Zachodzie
lepiej znanego jako Konfucjusz. Chociaż kon-fucjanizm nie jest religią w zachodnim sensie,
można go pod wieloma względami przyrównać do purytańskiego chrześcijaństwa z jego
antropocentrycznym światopoglądem odrzucającym przyrodę, jego naciskiem na sztywny
konformizm i jego autorytatywnym, jedynie słusznym, podejściem do życia. Konfucjanizm
zajmuje się głównie stosunkami międzyludzkimi — regułami społecznymi i politycznymi oraz
związanymi z nimi hierarchiami. Miał on wielki wkład w takie dziedziny, jak rządzenie,
interesy, związki rodzinne i klanowe oraz kult przodków. Jego najbardziej żywotne zasady to
prawość, przyzwoitość, dobroczynność, lojalność, zaufanie, obowiązek i sprawiedliwość.
Mówiąc krótko — konfucjanizm zajmuje się miejscem człowieka w społeczności.
Taoizm natomiast, w przeciwieństwie do konfucjanizmu, zajmuje się zasadniczo stosunkiem
człowieka do świata. Jego wkład dotyczył przede wszystkim nauki, sztuki i rozwoju
duchowego. Z taoizmu wyłoniły się chińskie nauki ścisłe, medycyna, ogrodnictwo, malarstwo
pejzażowe i poezja przyrodnicza. Jego główne zasady to naturalna prostota, działanie bez
wysiłku, spontaniczność i współczucie. Najłatwiej zauważalna różnica między
konfucjanizmem a taoizmem to różnica postaw: konfucjanizm jest surowy, zorganizowany,
patriarchalny, często srogi; taoizm jest radosny, łagodny, dziecinny i pogodny — tak jak jego
ulubiony symbol: płynąca woda.
W klasycznym ujęciu taoizm uważany jest za nauki trzech osób: Lao-tse („Mistrza Lao"),
autora najważniejszego, klasycznego dzieła taoistycznego Tao Te Ching, które miało być
napisane około dwa i pół tysiąca lat temu; Chuang-tse („Mistrza Chuang"), autora kilku dzieł i
założyciela szkoły pisarzy i filozofów w epoce Walczących Królestw, mniej więcej dwa tysiące
lat temu; i. wreszcie na poły legendarnego Żółtego Cesarza, który rządził ponad cztery i pół
tysiąca lat temu i któremu przypisuje się stworzenie różnych zasad i praktyk medytacyjnych,
alchemicznych i medycznych. Byli to raczej wielcy organizatorzy i nauczyciele myśli
taoistycznej niż jej twórcy, jak już bowiem powiedzieliśmy, to, co obecnie nazywa się
taoizmem, powstało, zanim którykolwiek z nich się urodził, w okresie, który Chuang-tse
nazywa Wiekiem Doskonałej Cnoty:

W Wieku Doskonałej Cnoty ludzie żyli ze zwierzętami i ptakami jako członkowie jednej
wielkiej rodziny. Nie istniały pojęcia „wyższego" i „niższego", które by wyróżniały jednego
człowieka czy gatunek spośród innych. Wszyscy zachowywali naturalną cnotę i żyli w stanie
czystej prostoty...
W Wieku Doskonałej Cnoty mądrość i zdolności nie były uważane za coś nadzwyczajnego. Na
mędrców patrzono jak na wyższe gałęzie drzewa ludzkości, które rosną nieco bliżej słońca.
Ludzie postępowali właściwie, nie wiedząc nawet, że to jest prawość i przyzwoitość. Kochali i
szanowali się wzajemnie, nie nazywając tego dobroczynnością. Byli ufni i uczciwi, nie
uważając tego za lojalność. Dotrzymywali słowa, nie myśląc o zaufaniu. W życiu
codziennym pomagali sobie na wzajem, nie roztrząsając zakresu obowiązku. Nie zastanawiali
się nad sprawiedliwością, ponieważ nie było niesprawiedliwości. Żyli w harmonii ze sobą,
innymi i światem i dlatego nie pozostawiali śladów swej działalności, a więc nie mamy
obecnie żadnych fizycznych dowodów ich istnienia.*
_____
*Ten i inne fragmenty z klasycznych tekstów orientalnych podane są w moim tłumaczeniu i
adaptacji – B. H.

Przez cały czas od Wielkiego Rozdzielenia taoiści starali się osiągnąć ów stan Doskonałej
Cnoty poprzez odrzucanie wszystkiego, co uniemożliwia harmonię z Tao.
I tak, mówiąc o cnocie, dochodzimy do wyjaśnienia tytułu niniejszej książki.

-Zastanawiałem się, kiedy wreszcie do tego dojdziesz — powiedział Prosiaczek.


-No i doszedłem. Ale, w każdym razie...

Przede wszystkim wyjaśnijmy, że chiński ideogram Te, taki jak w Te Prosiaczka, wymawia się
mniej więcej jak DE. Jeżeli chcecie być bardzo poprawni, dodajcie nieco dźwięku „r” na
końcu: DEr. A jeżeli chcecie być jeszcze bardziej poprawni, wymawiajcie to słowo jako coś
pomiędzy DEr iDUr. A jeżeli...

-A jeżeli chcecie być jeszcze bardziej poprawni — wtrącił Kłapouchy — to zapiszcie się na
kurs korespondencyjny.
-Och, Kłapouchy. Nie wiedziałem, że tu jesteś. Myślałem, że poszedłeś na moczary.
-Jeżeli mówimy o poprawności — powiedział Kłapouchy — są to bagna. B-A-G-N-A.
-Tak, byłem tam. Potem zrobiłem błąd i przyszedłem tutaj. A teraz, kiedy usłyszałem to, co
chciałem usłyszeć, pewnie wrócę.
-Cóż, nie będziemy cię zatrzymywać.
-Tak właśnie wyglądają wyjaśnienia — mruczał Kłapouchy kierując się do drzwi.
-Kłapouchy zawsze jest taki — powiedział Prosiaczek.
-Nie zawsze — odparłem. — Czasami jest jeszcze gorszy.

Jak mówiliśmy, słowo Te wymawia się jak DE. W klasycznym chińskim zapisuje się je na dwa
sposoby. Pierwszy z nich łączy znak „wyprostowany" ze znakiem „serce". Razem oznacza to
„cnotę". Drugi sposób dodaje jeszcze znak „lewa stopa", co w chińskim oznacza „kroczyć".
Łączne znaczenie to „cnota w działaniu".
Te nie oznacza, tak jak jego angielski odpowiednik, jednowymiarowego i pasującego do
wszystkiego dobra czy podziwianego powszechnie zachowania, które uznaje się za
zasadniczo takie samo, bez względu na to, kto je posiadł. Jest to natomiast pewna szczególna
cecha, moc duchowa albo ukryta zdolność, wyjątkowa dla danej osoby — coś, co pochodzi z
wewnętrznej natury rzeczy. I coś takiego, dodajmy, czego posiadania ta osoba może być
kompletnie nieświadoma — tak jak w przypadku Prosiaczka w książkach o Puchatku.
W naszej książce zajmujemy się transformacją cnoty w cnotę w działaniu. A Prosiaczek, jak
się nam wydaje, jest tym puchatkowym zwierzątkiem, na którego przykładzie najlepiej widać
ten proces. Albowiem w książkach o Kubusiu Puchatku to Prosiaczek, i tylko Prosiaczek,
przechodzi taką właśnie przemianę.

Bardzo Małe Zwierzątko


Prosiaczek mieszkał we wspaniałym domu w samym środku wielkiego buka, a wielki buk rósł
w samym środku Lasu, a Prosiaczek mieszkał w samym środku domu. Tuż obok jego domu
wisiał kawałek złamanej deski z napisem: „WSTĘP BRON". Gdy Krzyś zapytał Prosiaczka, co
to znaczy, dowiedział się, że są to imiona jego dziadka, od dawna już zresztą używane w jego
rodzinie. Krzyś powiedział, że nie można się nazywać WSTĘP BRON, a Prosiaczek powiedział,
że owszem, można, bo tak się właśnie nazywał jego dziadzio i był to skrót od WSTĘP
BRONEK, co znowu było skrótem od WSTĘPA BRONISŁAWA. I że jego dziadzio miał dwa
imiona na wypadek, gdyby jedno zgubił: WSTĘP po jednym wujaszku, a BRONISŁAW po
jednym WSTĘPIE.
W taki właśnie sposób poznaliśmy Prosiaczka w trzecim rozdziale Kubusia Puchatka:
Prosiaczka, który pragnie bezpieczeństwa ponad wszystko (mieszka w samym środku domu,
w samym środku drzewa, w samym środku Lasu); Prosiaczka, który bardzo chciałby być Kimś
(a więc wymyśla dziadka Wstępa Bronisława); Prosiaczka o piskliwym głosiku i różowych
policzkach; Prosiaczka, zwanego Bardzo Małym Zwierzątkiem. W przeciwieństwie do
Puchatka, który po prostu jest i działa, Prosiaczek doświadcza.
Przykładowo, kiedy Prosiaczek i Puchatek wpadli do Piaszczystego Dołu...
— Puchatku — powiedział Prosiaczek z niepokojem i przytulił się do niego trochę mocniej — a
może wpadliśmy w Pułapkę?
Puchatek w tej chwili wcale o tym nie myślał, ale teraz skinął łebkiem, gdyż nagle
przypomniał sobie, jak to kiedyś razem z Prosiaczkiem urządzili Misiową Pułapkę na Hohonie,
i teraz zrozumiał, co się stało: on i Prosiaczek wpadli do Hohoniowej Pułapki na Misie. Ot, co
się stało.
-A co będzie, kiedy przyjdzie Hohoń? — spytał Prosiaczek drżąc, gdy usłyszał te okropne
wieści.
-Może on cię nie zauważy, Prosiaczku — pocieszał go Puchatek — bo ty jesteś Bardzo Małym
Zwierzątkiem...
-Ale on zauważy ciebie, Puchatku.
-Tak, zauważy mnie, a ja jego zauważę — mówił Puchatek z namysłem — i będziemy się
zauważać — on mnie, a ja jego przez długi czas, a potem on powie:„ho-ho".
Prosiaczek wzdrygnął się lekko na myśl o tym „ho-ho" i zaczęły mu dygotać uszka.
— A cco tty mmu ppowiesz? — zapytał.
Puchatek spróbował pomyśleć o czymś, co mógłby odpowiedzieć, ale im bardziej myślał, tym
bardziej czuł, że nie ma żadnej odpowiedzi na „ho-ho" powiedziane przez Hohonia takim
głosem, jakim ten Hohoń to powie.
-Nic mu nie odpowiem —- rzekł w końcu Puchatek — tylko mruknę do siebie samego, jakbym
czekał na coś.
-A może on znowu powie „ho-ho"? — zapytał Prosiaczek drżąc.
-Powie — odparł Puchatek.
Uszka Prosiaczka zaczęły dygotać tak szybko, że musiał przyłożyć je do brzegu Pułapki, aby
utrzymać je w spokoju.
— Powie to znowu — rzekł Puchatek — a ja będę dalej mruczał i to go zaniepokoi, bo jeżeli
ktoś mówi dwa razy „ho-ho" w sposób żarłoczny, a druga osoba tylko mruczy, i kiedy ten ktoś
po raz trzeci zaczyna mówić „ho-ho", to znaczy, że...
Puchatek miał na myśli to, że nie będzie to już tak bardzo Hohoniczne. Przynajmniej nam się
wydaje, że to właśnie miał na myśli.
— A jeśli on powie co innego? — spytał Prosiaczek.
Otóż właśnie. On wreszcie powie: „Co to wszystko znaczy?" A ja wtedy powiem — i to jest
świetna myśl, Prosiaczku, która właśnie przyszła mi do głowy — ja powiem: „To jest Pułapka
na Hohonie, którą sporządziłem, i czekam, żeby Hohoń w nią wpadł". I będę dalej mruczał.
Wtedy on się bardzo zmiesza.
-Puchatku! — zawołał Prosiaczek. — Uratowałeś nas!
-Tak myślisz? — zapytał Puchatek, nie będąc tego zupełnie pewnym.
Za to Prosiaczek był zupełnie pewien, I biegł myślą coraz dalej i dalej, i widział Puchatka i
Hohonia rozmawiających ze sobą, i nagle pomyślał ze smutkiem, jak by to było pięknie,
gdyby to on, Prosiaczek, rozmawiał z Hohoniem tak godnie, a nie Puchatek, chociaż on
Puchatka bardzo a bardzo kochał. Bo prawdę mówiąc, to on, Prosiaczek, miał więcej rozumu
niż Puchatek i rozmowa toczyłaby się lepiej, gdyby on, Prosiaczek, a nie Puchatek, był w niej
jedną ze stron. A potem, po jakimś czasie, byłoby tak miło wspominać wieczorami ten dzień,
kiedy to tak odważnie rozmawiał z Hohoniem, jak gdyby Hohonia wcale nie było. Teraz
wydawało mu się to takie łatwe. O, Prosiaczek wiedział dokładnie, w jaki sposób będzie
rozmawiał z Hohoniem,
I tak to było w Piaszczystym Dole — dopóki nie nadszedł Krzyś, nie zajrzał do Dołu i nie
zobaczył tam Prosiaczka i Puchatka. Wtedy sprawy nieco się s k o m- p l i k o w a ł y.

—Ho-ho! — zawoła! Krzyś na cały glos.Prosiaczek ze zdumienia i strachu poderwał się na pół
łokcia w górę, ale Puchatek spał dalej.
„To Hohoń" — pomyślał Prosiaczek z niepokojem, po czym chrząknął z lekka, żeby ani jedno
słowo nie uwięzło mu w gardle, i najspokojniej w świecie i całkiem po prostu powiedział:
Tra-la-la, tra-la-la — czyli to, co o tym właściwie myślał. Ale nie rozglądał się przy tym
dookoła, bo jeśli ktoś rozgląda się dookoła i zobaczy nagle Groźnego Hohonia, patrzącego z
góry, to może czasami zapomnieć o tym, co miał do powiedzenia.
Rum-tum-tum, tra-la-bum — zanucił Krzyś głosem niby Puchatka...
„Powiedział nie to, co trzeba — pomyślał Prosiaczek zatroskany. — Powinien był powiedzieć
jeszcze raz „ho-ho” więc może będzie lepiej, jeśli ja powiem to za niego..." — I w najdzikszy
sposób, i się zdobyć, wykrzyknął: — Ho-ho!
Skąd się tam wziąłeś, Prosiaczku? — zapytał Krzyś swoim zwykłym głosem.
„To straszne — pomyślał Prosiaczek. — Ten Hohoń najpierw udaje głos Puchatka, a potem
mówi głosem Krzysia, i robi to, żeby mnie zmylić". I już zupełnie zmylony, powiedział
prędziutko i piskliwie:
—To jest Pułapka na Misie. Czekam, żeby w nią wpaść, ho-ho! Co to wszystko znaczy i potem
powiem „ho-ho" jeszcze raz!
-Co takiego? — spytał Krzyś.
-Pułapka na ho-ho-hy — powiedział Prosiaczek zachrypniętym ze strachu głosem. — Właśnie
ją zastawiłem i czekam na ho-ho-ha, żeby przyszedł.

Niezbyt to było imponujące, jak nam się wydaje.

-O, witaj Prosiaczku. Co to za barczysty facet chodzi ostatnio za tobą?


-To moja nowa ochrona — zapiszczał Prosiaczek.
-Ochrona? A po cóż ci ochrona? Czy sam nie potrafisz zatroszczyć się o siebie?
-Pewnie tak — odparł Prosiaczek. — Ale teraz czuję się znacznie bardziej bezpiecznie.
-On wygląda dosyć upiornie. Mam nadzieję, że sprawdziłeś jego referencje.
-Referencje?
-Tak. Z miejsc, gdzie wcześniej pracował. Czy był notowany przez policję — aresztowany,
skazany, i tego typu sprawy?
-Ja... myślę, że chyba nie — odrzekł Prosiaczek.
-No dobrze, przypuszczam, że wszystko jest w porządku. Jeśli naprawdę potrzebna ci
ochrona. A tak przy okazji — co się stało ze starymi rodowymi srebrami?
-Z czym?
-No wiesz — srebrne noże, widelce, łyżki i inne rzeczy. Nie ma ich w tej szufladzie, gdzie
zawsze były. Więc tak się zastanawiałem, czy coś…
— Nie — wyrzucił z siebie Prosiaczek. — On nie mógłby... To znaczy, one nie mogły.... Muszą
być gdzie indziej albo coś takiego. Tak, na pewno. Muszą gdzieś być. One... -Ja...
Przepraszam. Muszę już iść. Do widzenia.

Dziwne.

W tym miejscu możemy podkreślić fakt, że taoizm zawsze miał słabość do Bardzo Małych
Zwierzątek. Pomijając zwierzęta jako takie — które konfucjaniści uważali po prostu za rzeczy
do jedzenia, składania w ofierze lub ciągnięcia pługów i wozów — Bardzo Małymi
Zwierzątkami w tradycyjnym, zdominowanym przez konfucjanizm społeczeństwie chińskim
były kobiety, dzieci i biedacy. Gnębieni przez zachłannych kupców, właścicieli ziemskich i
urzędników państwowych, biedacy byli na samym dnie konfucjańskiej hierarchii społecznej.
Mówiąc inaczej — nie weszli do niej wcale. Kobietom, nawet z bogatych rodzin — a zwłaszcza
z bogatych rodzin — nie wiodło się wiele lepiej, ponieważ konfucjaniści praktykowali
aranżowanie małżeństw dzieci, wielożeństwo, krępowanie stóp (a właściwie to łamanie stóp)
i inne zwyczaje tak poniżające dla kobiet, że nikt na dzisiejszym Zachodzie nie mógłby ich
pojąć. Dzieci również nie miały zbytniej radości z życia. Dla zatwardziałego konfucjanisty
dzieci istniały tylko po to, by zapewnić ciągłość rodu, okazywać bezwzględne posłuszeństwo
rodzicom w każdej sprawie i opiekować się nimi na starość — a nie zajmować się jakimiś
własnymi ideałami czy zainteresowaniami. W konfucjanizmie ojciec mógł zabić syna, jeśli ten
był nieposłuszny albo okrył go hańbą, ponieważ było to uważane za przestępstwo.
Z drugiej strony taoizm twierdził, że na szacunek trzeba zasłużyć, a jeśli Wielki Ojciec
zachowywał się niewłaściwie, to jego rodzina miała prawo do buntu. Dotyczyło to w takim
samym stopniu cesarza, jak i jego „rodziny", czyli poddanych. Jeżeli cesarz był tyranem, lud
miał prawo zrzucić go z tronu. Wysocy urzędnicy konfucjańscy żyli w ciągłym strachu przed
tajnymi stowarzyszeniami, pozostającymi pod wpływem taoizmu i buddyzmu, które były
zawsze gotowe bronić gnębionych i obalić Smoczy Tron, gdyby warunki życia stały się nie do
wytrzymania, co zresztą często czyniły.
Sympatie taoizmu stały zawsze po strome upośledzonych — wyrzutków i pechowców
chińskiego społeczeństwa, łącznie z tymi, których zrujnowali skorumpowani urzędnicy
państwowi i którzy zmuszeni byli stać się „braćmi, z zielonego lasu" (wyjętymi spod prawa)
albo „gośćmi rzek i jezior" (włóczęgami). Chińskie sztuki walki zostały rozwinięte głównie
przez mnichów taoistycznych i buddyjskich po to, by bronić bezbronnych i umożliwić im
samoobronę. Lepiej byłoby je nazywać sztukami przeciw walce, jako że stosowano je nie
tylko wobec zbrojnych bandytów, ale także przeciw żołnierzom władców i państw, kiedy tylko
kierowali swe miecze w stronę słabych. Podczas gdy buddyjskie sztuki walki koncentrowały
się na „twardych" formach obrony (z nich wywodzą się siłowe i bezpośrednie karate i Tae
Kwon Do), taoiści skłaniali się do form „miękkich", takich jak płynne i pośrednie T'ai CHi
Ch'üan czy Pa Kua Chang (podobne do judo i aikido, choć znacznie bardziej wyrafinowane).
Przeciwstawiając się nadużyciom władzy, pisarze taoistyczni tak samo wykorzystywali swe
umiejętności literackie, jak taoistyczni artyści walki czynili to z ruchami blokującymi i
wrażliwymi punktami ciała. Łącząc fakty i fikcję literacką, nagłaśniali nieprawości możnych i
ośmieszali ludzi kłamliwych, zarozumiałych, pompatycznych i okrutnych. Chociaż
rozdrażnieni tym konfucjaniści często usiłowali położyć kres tego rodzaju pisarstwu, nie
powiodło im się to, ponieważ sympatie zwykłych ludzi stały po stronie taoistów.
Biorąc pod uwagę fakt, że wielmożni i potężni konfucjaniści mieli niewiele szacunku dla
zwierząt i że często określali „niższe" warstwy społeczne Chin mianem „świń" i „psów", nie
można się dziwić, iż pisarze taoistyczni pozostawili wiele opowiadań o zwierzętach —
zarówno opisów rzeczywistych zdarzeń, jak i opowieści wymyślonych — w których odrażające
stworzenia, takie jak myszy, węże czy ptaki padlinożerne, postępują w sposób tak godny, że
ludzie powszechnie szanowani dobrze by uczynili naśladując je. W owych powiastkach
odwaga, uczucie, wierność i uczciwość zwierząt przeciwstawiane są pretensjonalności i
hipokryzji zamożnych posiadaczy ziemskich, kupców i urzędników państwowych. Jako jeden z
wczesnych przykładów zacytujemy Chuang-tse:

Urzędnik do spraw modłów wszedł do chlewu w swych oficjalnych szatach i przemówił do


świń: Dlaczego narzekacie? — zapytał. — Będę was karmił ziarnem przez trzy miesiące.
Potem sam będę pościł przez dziesięć dni — a wy będziecie nadal jadły — i będę się wami
opiekował jeszcze przez następne trzy dni. Wówczas rozłożę świeże maty i umieszczę was na
rzeźbionym pniu ofiarnym, zanim nie poślę do świata duchowego. Biorąc pod uwagę
wszystko to, co dla was uczynię, dlaczego miałybyście czuć się źle? Gdyby ten urzędnik
naprawdę troszczył się o dobro świń, karmiłby je otrębami i plewami, i zostawił w spokoju.
Lecz on spoglądał na sytuację z punktu widzenia własnego prestiżu. Wolał radować się
szatami i czapką swego urzędu i jeździć w ozdobnej karecie — wiedząc, że kiedy umrze,
poniosą go z pełnym splendorem do grobu, a nad trumną rozstawią wspaniały baldachim.
Gdyby troszczył się o dobro świń, wszystkie te rzeczy nie byłyby dlań ważne.

Zamożni konfucjaniści nie byli jedynym celem pisarzy taoistycznych. Tak jak Bracia Marx czy
Flip i Flap, taoiści wykpiwali rozdmuchane ego. Widać to dobrze w opowieści zatytułowanej
Pestka gruszy, autorstwa P'u Sung-linga z okresu dynastii Ch'ing:

Dobrze ubrany rolnik sprzedawał swoje gruszki na miejskim rynku. A ponieważ były duże i
smaczne, szybko zebrał sporo pieniędzy. Przechodzący obok taoista, ubrany w połataną
opończę z bawełny i niosący na plecach małą łopatkę, przystanął obok wozu rolnika i poprosił
go o gruszkę. Rolnik kazał mu odejść. Taoista odmówił, na co rolnik strasznie się rozzłościł.
Nie minęło wiele czasu, kiedy krzyczał już na cały głos.
— Przecież masz na swoim wozie setki gruszek — mówił spokojnie taoista. — Proszę tylko o
jedną. Dlaczego więc tak się denerwujesz?
Wokół nich zbierało się coraz więcej ludzi, przyciąganych przez powstałe zamieszanie.
Niektórzy radzili rolnikowi, by rzucił biedakowi jakąś nadtłuczoną gruszkę. Rolnik odmawiał.
W końcu, widząc, że zamieszanie może przekształcić się w bójkę, ktoś kupił gruszkę i wręczył
ją taoiście. Podziękowawszy gorąco swemu dobroczyńcy, taoista zwrócił się do zebranego
tłumu:
-My, wyznawcy Drogi, brzydzimy się drobnym skąpstwem — powiedział. — Niech mi będzie
wolno podzielić się tą piękną gruszką z wami, dobrzy ludzie.
Nikt jednak nie chciał wziąć kawałka gruszki taoisty.Przyglądający się nalegali, aby zjadł ją
sam.
Potrzebna mi jest jedynie pestka, którą zasadzę — odrzekł taoista — a wówczas będę mógł
się wam odwdzięczyć.
Zjadł owoc, zostawiając jedną małą pestkę. Łopatką wykopał dołek, wrzucił weń pestkę i
przysypał ziemią. Następnie poprosił o gorącą wodę. Ktoś przyniósł ją z pobliskiego sklepu.
Tłum patrzył, niczym zahipnotyzowany, jak taoista polewa ziemię w miejscu, gdzie posadził
nasionko.
Nagle pojawił się mały kiełek, który szybko rósł i zamienił się w drzewo. Gałęzie i liście
wyrastały we wszystkich kierunkach. Drzewo zakwitło i wydało obfity plon wielkich,
smakowitych gruszek. Taoista rozdawał gruszki wśród zebranych. Po krótkim czasie nie było
już ani jednej. Wtedy, za pomocą swej małej łopatki, ściął drzewo. Machając ręką do tłumu,
oddalił się wesoło, ciągnąc drzewo za sobą. Przez cały ten czas skąpy rolnik stał gapiąc się z
rozdziawioną gębą. Teraz odwrócił się w stronę swych gruszek i stwierdził, że wszystkie
zniknęły. Otrząsnął się szybko z wpływu uroku taoisty i zrozumiał, co się stało. Zobaczył, że
część dyszla od jego wozu — zaskakująco przypominającego pień „gruszy" — została
odrąbana.
Po krótkich poszukiwaniach odnalazł dyszel pod murem, gdzie zostawił go taoista. Natomiast
samego taoisty nie mógł nigdzie znaleźć. Tłum zanosił się od śmiechu, aprobując w ten
sposób żart.

Czyżby ktoś właśnie wszedł? Ach.

-A więc to ty jesteś nowym ochroniarzem Prosiaczka. No, no.


-Masz jakiś problem, facet?
-Nie, skądże.
-Dobrze. Na twoim miejscu nie próbowałbym żadnych sztuczek.
-A ja myślę, że byś próbował. Pewnie masz w zapasie dużo takich sztuczek. Na przykład,
można kogoś zwalić z nóg pociągając za dywan — taki jak ten, na którym stoisz.
-O czym ty gadasz, chłopie?
-Ach, nic. Czuj się jak u siebie w domu.
-Dzięki.

Aby zrozumieć taoistyczną sympatię dla upośledzonych, trzeba najpierw zrozumieć


taoistyczne podejście do władzy i potęgi, począwszy od potęgi wszechświata. Podobnie jak w
innych sprawach, tak i w tej poglądy taoistyczne były zawsze w większym lub mniejszym
stopniu przeciwne do konfucjańskich.
Konfucjańska koncepcja Potęgi Niebios, choć dość niejasna, była w pewnym sensie zbliżona
do bliskowschodniego wyobrażenia Boga, jakie znajdujemy w Starym Testamencie.
Konfucjaniści nazywali ją T'ien — „Niebo", „Niebiosa", „Najwyższy Władca". Tien było męskie,
niekiedy nawet w sposób okrutny. Trzeba było zjednywać sobie jego łaski za pomocą ofiar i
obrzędów. Stawało po różnych stronach w walce, obdarzało potęgą. Przekazywało suwerenną
władzę bezpośrednio cesarzowi, Synowi Niebios. Od niego państwo rozszerzało się w dół i na
zewnątrz — od najwyższych urzędników do najniższych, od najpotężniejszych klanów do
drobnych rodów. T'ien wyobrażano sobie jako jasność (i stąd stosowanie jasnych kolorów
szat przez rodzinę cesarską i wielkie klany). Miało ono dawać materialny dobrobyt jako
nagrodę (i stąd konfucjańskie zrównanie zamożności i dobroci). Jednym słowem, było
uważane za budzące nabożny lęk — za coś, czego trzeba się bać raczej niż kochać (i stąd
nacisk na bezwarunkowe posłuszeństwo wobec przełożonych, a także brak w konfucjańskim
słowniku takich słów, jak „współczucie"}. Taki właśnie był obraz Potęgi Niebios
przedstawiany przez konfucjanistów zwykłym ludziom. Na poziomie społecznym widoczny on
był na sali sądowej, w sposobie traktowania składających zażalenia, świadków i oskarżonych,
z których żaden nie miał prawa do porady prawnej czy obrony. Wszyscy musieli klęczeć na
twardej podłodze (czasami w łańcuchach) przed magistratem, który, jako przedstawiciel
cesarza w zarządzie lokalnym, miał prawo wydobywania zeznań i wyjaśnień za pomocą tortur
— a ponieważ zgodnie z chińskim prawem nikt nie mógł być skazany, zanim nie przyznał się
do winy, tortury były na porządku dziennym (stąd przysłowiowe „chińskie tortury"). Po
wiekach takiego zastraszenia większość Chińczyków starała się, jak tylko było to możliwe,
unikać wszelkich kontaktów z oficjalną władzą. Niestety, taka niechęć do otwartego
uczestnictwa w rządzeniu pozwalała jednemu tyranowi za drugim — w tym również obecnej
totalitarnej biurokracji — przejmować i utrzymywać kontrolę nad całym narodem.
W przeciwieństwie do konfucjanistów, taoiści uważali, że Potęga Niebios jest zarówno męska,
jak i żeńska, co przedstawia taoistyczny symbol T’ai Chi — koło podzielone wygiętą linią na
dwie połowy: jasną i ciemną albo męską i żeńską. Jednak Potęga Niebios działająca w świecie
przyrody — to, co Lao-tse nazwał „Matką Dziesięciu Tysięcy Rzeczy" — była zawsze
uznawana przez taoistów za zasadniczo żeńską w samym charakterze. Jest łagodna, niczym
płynąca woda. Jest skromna i szczodra, niczym żyzna dolina, karmiąca wszystkich, którzy do
niej przychodzą. Jest ukryta, subtelna i tajemnicza, jak krajobraz ledwo dostrzegany poprzez
mgłę. Nie staje po niczyjej stronie ani nie udziela władzy. Nie można na nią wpłynąć ani jej
zjednać ofiarami czy obrzędami. Wymierzając sprawiedliwość, tak jak i w innych sytuacjach,
działa delikatnym dotknięciem, niewidzialną ręką. Jak ujął to Lao-tse: „Sieć Niebios ma duże
oka, a jednak nic się przez nie nie prześlizgnie". Uciekając ze wstydem od wszelkich
przejawów wyniosłości i egoizmu, przekazuje swe najgłębsze sekrety nie wysokim
urzędnikom państwowym, napuszonym uczonym czy zamożnym posiadaczom ziemskim, ale
ubogim mnichom, małym dzieciom, zwierzętom i „głupcom". Jeśli można by powiedzieć, że
jest w jakimś sensie tendencyjna, to tylko na rzecz skromnych, słabych i małych.
I w ten sposób wracamy znów do Prosiaczka.

Jak każdy widzi, jest wiele złych stron bycia Bardzo Małym Zwierzątkiem. Jedną z nich jest to,
że większe zwierzęta będą starały się je wykorzystać. Dla przykładu, przypomnijmy sobie
słynny Plan Porwania Maleństwa opracowany przez Królika.
Właściwie jak tylko Kangurzyca i Maleństwo pojawili się w Lesie, Królik zdecydował, że
powinni go opuścić. Nie wiadomo dokładnie dlaczego — takie właśnie są czasami Króliki. W
każdym razie plan Królika obejmował — co w króliczej terminologii oznacza: wykorzystywał
— Prosiaczka i Puchatka.

Pomysł polegał na tym, by Puchatek odwrócił uwagę Kangurzycy rozmawiając z nią, na


przykład recytując jej swoje wiersze (co powinno odwrócić uwagę każdego). A... auć!

- To był niezasłużony kuksaniec, Puchatku.


-Naprawdę? — spytał Puchatek. — A mnie się zdawało, że słyszałem, jak o niego prosiłeś.

Podczas gdy uwaga Kangurzycy będzie odwrócona, Królik miał umieścić Prosiaczka w jej
kieszeni — mówiąc, że to Maleństwo — i uciec wraz z Maleństwem. Potem, kiedy Kangurzyca
już odkryje, że Maleństwo zniknęło... Wtedy Królik, Puchatek i Prosiaczek — zauważcie, że
wszyscy trzej — mieli powiedzieć bardzo głośno „Akuku!" Jak wyjaśnił im Królik, głośne
„Akuku!" ma oznaczać, że to oni porwali Maleństwo i nie oddadzą go, dopóki Kangurzyca nie
obieca, że opuści Las i nigdy już nie wróci. Kangurzyca zrozumie to natychmiast — tłumaczył
Królik — jak tylko Królik, Puchatek i Prosiaczek {zauważcie, że wszyscy trzej) powiedzą
„Akuku!" Wszystko poszło nie tak, jak to zwykle z Przemyślnymi Planami Królika, ponieważ —
po pierwsze, Kangurzyce myślą i reagują inaczej niż Króliki; i po drugie, jak się okazało, nie
było głośnego, grupowego „Akuku!", mającego ją przestraszyć, bez względu na to, czy by
zrozumiała, czy też nie, co to miało oznaczać.
Pierwsza część planu poszła dość gładko. Spotkali Kangurzyce i Maleństwo w Lesie. Puchatek
odwrócił jej uwagę, Prosiaczek wskoczył do kieszeni Kangurzycy, a Królik uciekł z
Maleństwem. Kangurzyca poskakała (hop, hop) do domu z Prosiaczkiem (hop, hop, hop).
Puchatek został z tyłu, ćwicząc (łup) kangurze skoki (bach). Ale kłopoty zaczęły się dopiero,
kiedy Kangurzyca dotarła do domu:
Ma się rozumieć, że gdy tylko Kangurzyca odpięła kieszeń, zobaczyła, co się stało. I tylko
przez krótką chwilę zdawało jej się, że jest niespokojna. Ale zaraz potem poczuła, że wcale, a
wcale się nie boi, ponieważ wiedziała, że Krzyś nie pozwoli, aby jej Maleństwu stała się
najmniejsza krzywda. Więc tak sobie pomyślała: „Jeśli oni płatają mi figle, to i ja spłatam im
figla".
-A teraz, kochane Maleństwo — powiedziała, gdy wyjęła Prosiaczka z kieszeni — pora spać.
-Akuku! — rzekł Prosiaczek, jak tylko potrafił najgłośniej! po swej Straszliwej Podróży. Lecz
nie było to widocznie bardzo dobre „Akuku", bo Kangurzyca nie zrozumiała, o co chodzi.
-Najpierw kąpiel — powiedziała ochoczo.
-Akuku! — powtórzył Prosiaczek i rozejrzał się z niepokojem dokoła, szukając swych
towarzyszy. Lecz towarzysze byli daleko...

— Tak sobie myślę — rzekła Kangurzyca głosem pełnym zastanowienia — czy nie przydałaby
ci się dzisiaj zimna kąpiel? Czy miałbyś na nią ochotę, kochane Maleństwo?
Trudno powiedzieć, czy Maleństwo miałoby ochotę, czy też nie, ale Prosiaczek nie miał.

Lecz w końcu, kiedy było już po zimnej kąpieli...

-Teraz jeszcze Maleństwo dostanie łyżkę tranu — powiedziała Kangurzyca — i marsz do


łóżka.
-Po-po co, po co tran? — spytał Prosiaczek.
-Po to, żebyś urósł duży i silny, kochanie. Nie chcesz chyba być podobny do małego i słabego
Prosiaczka, co? A widzisz...
W tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi.
— Proszę — rzekła Kangurzyca i do pokoju wszedł Krzyś.

—Krzysiu, Krzysiu! — zawołał Prosiaczek. — Po wiedz Kangurzycy, kim ja jestem! Ona upiera
się i mówi, że jestem Maleństwem. A ja nie jestem Maleństwem, prawda?
Krzyś popatrzył na niego uważnie i potrząsnął głową.
-Nie możesz być Maleństwem — powiedział — bo właśnie przed chwilą widziałem
Maleństwo, które bawi się wesoło u Królika.
-No, no — rzekła Kangurzyca — to wprost nie do wiary. To nie do wiary, żebym aż tak się
pomyliła!
-A widzisz? — powiedział Prosiaczek. — Mówiłem ci. Jestem Prosiaczek.
Krzyś znów potrząsnął głową.
— Nie jesteś Prosiaczek — powiedział. — Znam dobrze Prosiaczka, który jest zupełnie innego
koloru.

Prosiaczek zaczął tłumaczyć, że to wszystko dlatego, ponieważ wziął przed chwilą kąpiel, a
potem pomyślał, że może nie trzeba było tego mówić. I gdy otworzył ryjek, aby powiedzieć
coś innego, Mama-Kangurzyca wlała mu łyżeczkę tranu, poklepała po grzbiecie i powiedziała,
że tran ma zupełnie miły smak, gdy się do niego przyzwyczaić.

Doprawdy, co za przejścia. Ale cóż, tak się zdarza.

-Hej! Co to za hałasy na zewnątrz?


-Ach, to ochroniarz Prosiaczka. Całkiem zapomniałem, że tu jesteś. To jakaś syrena czy coś
takiego. Niech spojrzę... Tak — to samochód policyjny.
-Cooo?
-To dziwne. Podjechał pod nasz dom.
-Odejdź od okna!
-Oczywiście. Nie chciałem... Gdzie on się podział?

-Przepraszam. Muszę otworzyć drzwi.

Mały Prosiaczek — powstrzymywany przez wyobraźnię i strach, marzący, by zostać Kimś —


ostatnie zwierzątko, które można by podejrzewać o dokonanie czegoś ważnego. A jednak to
Prosiaczek jest materiałem, z jakiego zbudowani są bohaterowie. Pod wojowniczą maską
prawie każdego dzielnego ratownika, rycerskiego wojownika czy wielkiego zdobywcy można
znaleźć Prosiaczka, jeżeli tylko dobrze się przyjrzeć. Zawsze tak było, jak to pokazuje
historia, i zawsze — jesteśmy tego pewni — tak będzie.
Pod wieloma względami Prosiaczek może wydawać się najmniej znaczącą ze wszystkich
puchatkowych postaci. A jednak jest on jedyną postacią, która zmienia się, rozwija i staje się
czymś więcej niż była na początku. W końcu dokonuje tego nie przez zaprzeczenie własnej
małości, ale przez wykorzystanie jej dla dobra innych. Czyni to bez budowania swego
wielkiego ego — w środku pozostaje nadal Bardzo Małym Zwierzątkiem, ale całkiem innym
rodzajem Bardzo Małego Zwierzątka.
Na razie jednak Prosiaczek jest niepewny i rozmarzony. Sporo jeszcze musi przejść przed
Wielką Burzą pod koniec Chatki Puchatka, która zmieni jego życie na zawsze.

-A jak ty byś podsumował obecną sytuację Prosiaczka, Puchatku?


-Za pomocą piosenki — odparł Puchatek.
-Wspaniale. Miałem nadzieję, że tak właśnie zrobisz.
(ehmmm)...
Małe zwierzątko, wystraszone,
Chciałbyś zostać Wielkim Słoniem —
Nie wiesz sam, czym miałbyś być,
A tak bardzo pragniesz Żyć.
Czas nie czeka, szybko płynie,
Znów okazja cię ominie...
A ty czekasz, śnisz powoli —
Jak ten ptak, co ma skrzydła, a wzlecieć się boi.
Ale Ty, o jakim marzysz,
To nie ty — nie ma nawet twojej twarzy.
Nikt nie może tego zrobić,
Co od zawsze czeka w tobie.
Możesz stać się Wielkim Kimś,
Korzystając z własnych sił.
Dusza twoja, tak wrażliwa,
Która teraz cię zawstydza,
Skarbem chyba jest największym —
Ona wskaże tajne przejścia
Do tych miejsc, gdzie nikt nie zstąpił,
Byłeś tylko w nią nie wątpił.
Będziesz wtedy mógł być dumny,
Że twe plany się udały.
Przyzna każdy człek rozumny:
Też być wielki może Mały.

-Dziękuję, Puchatku. To było wspaniałe.


— Hm — odparł Puchatek. — Było lepiej, niż się spodziewałem.

Na drodze rozwijania w sobie i wykorzystywania wrażliwości napotkać można różne


przeszkody, na które każdy Prosiaczek powinien uważać. Jedną z nich omówimy w
następnym rozdziale.
Efekt Kłapouchego

-Co się stało, Prosiaczku? — zapytałem.


-Szedłem sobie właśnie wśród kwiatów — odpowiedział — i śpiewałem piosenkę, kiedy
nadszedł Kłapouchy.
-O, Kłapouchy. I co?
-Powiedział: „Uważaj, mały Prosiaczku — ktoś może cię zerwać razem z tymi bratkami i
wstawić do wazonu na kominku. I co byś wtedy zrobił?" A potem odszedł, chichocząc pod
nosem.
-Co tam, nie przejmuj się Kłapouchym. On po prostu lubi sprawiać, by inni czuli się mali,
szczególnie jeżeli i tak są mniejsi od niego. Wydaje mu się wtedy, że jest wielki.
Niech sobie będzie taki żałosny, jeżeli sprawia mu to przyjemność. Ale dlaczego musi się z
tym obnosić?
W każdym z nas tkwi coś, co chce, byśmy byli nieszczęśliwi. Powoduje to powstanie w naszej
wyobraźni problemów, które jeszcze nie istnieją — a często dopiero wtedy stają się
prawdziwe. Wyolbrzymia także już istniejące problemy. Umacnia niskie mniemanie o sobie i
brak szacunku dla innych. Niszczy dumę z pracy, porządku i czystości. Zamienia spotkania w
konfrontacje, nadzieje w obawy, okazje w ryzyko, schody w głazy rzucane pod nogi. Można to
dojrzeć w grymasach i wykrzywieniach twarzy, które naciągają mięśnie i przyspieszają
proces starzenia. Wcześniej zatruwa negatywną energią umysł ukryty za twarzą, a następnie
rozchodzi się na zewnątrz niczym choroba. A potem wraca, odbite przez inne żałosne umysły
i twarze. I tak to trwa.
Norman Cousins, naczelny redaktor „Saturday Review" przez ponad trzydzieści lat, tak opisał
Efekt Kłapouchego w artykule napisanym po zamknięciu tego czasopisma:
Cały sukces „Saturday Review" był bezpośrednio związany z propagowaniem nowych idei i
sztuki w życiu umysłowym. Taki profil ma szczególne znaczenie w sytuacji zalewu naszej
kultury narodowej w ostatnich latach przez miernotę. Wydaje się, jakby istniała jakaś
rywalizacja, szczególnie w rozrywce i ruchu wydawniczym, w znajdowaniu coraz to niższych
szczebli na drabinie dobrego smaku...
Powszechnie aprobowany jest dziwny pogląd, jakoby wolność była w jakiś sposób
równoważna z używaniem języka rynsztokowego. Swego czasu ludzie działający na polu
sztuki przechwalali się swymi zdolnościami przekazywania idei, które atakują
niesprawiedliwość społeczną i brutalność. Dzisiaj niektórzy z nich zdają się uważać, że
zadadzą śmiertelny cios ludzkości, jeżeli tylko użyją odpowiedniej ilości wulgarnych słów...
Wulgaryzacja języka nie tylko odzwierciedla, ale także powoduje odwrót od uprzejmego
zachowania. Najmniejsza różnica zdań jest okazją do gwałtownych reakcji. Telewizja
nauczyła całe pokolenie Amerykanów, że normalnym sposobem reagowania na jakiś
drobiazg jest walnięcie kogoś w twarz.

Efekt Kłapouchego można zauważyć w każdym akceptowanym społecznie negatywnym


zjawisku, na przykład w rosnącej liczbie podstarzałych młodych ludzi, dla których filozofią
życiową zdaje się być: „I tak nic z tego nie będzie, więc po co mam się starać?" Albo w
dzisiejszej modzie a la „kociak z obozu śmierci", czy w popularnym wyglądzie typu
„odrażający-brzydki-zły”:
„Lobelia ubrana jest tak, by zabijać lub zostać zabita w tym oszałamiającym kombinezonie z
czarnej skóry, promieniującym terrorystycznym wdziękiem. Co za szyk, jaki pociągający
wygląd, ten szczególny dotyk, mówiący Harley-Davidson. Odłóż ten nóż, Lobelio! Na Boga!
Niech ktoś coś zrobi — zabierzcie jej to, zanim naprawdę zrobi komuś krzywdę."
Prawdziwy Kłapouchy miał przynajmniej swego rodzaju ponure poczucie humoru, jakby
śmiech przy zgaszonym świetle. Kłapouchemu naszych czasów tego brak. To, co mu jednak
pozostało, to strach. Kłapouchy boi się — boi się pozytywnego wyrażania swych uczuć,
pozytywnego działania, pozytywnego zaangażowania w cokolwiek poza własnym ego.
Wszystko to jest głupie — jak mówi a nie chce wyglądać głupio. (Jednak nie obawia się, że
wygląda na sparaliżowanego strachem — byle tylko nie wyglądał głupio.) Na nieszczęście
dla otaczających go ludzi, narzekanie jest jedyną rzeczą, której Kłapouchy się nie boi. Z
odrazą dźwiga swój naparstek do Źródła Życia, a potem marudzi i narzeka, że dostał tak
mało.

- Dzień dobry, Kłapousiu! — powiedział Krzyś, gdy otworzył drzwi i Kłapouchy wszedł do
pokoju. — Co słychać?
-Wciąż pada śnieg — odpowiedział Kłapouchy posępnie.
-A tak, pada.
-I mróz bierze.
-Naprawdę?
-Tak — rzekł Kłapouchy. — Jednakże — ciągnął rozpogadzając się trochę — nie mieliśmy
ostatnio trzęsienia ziemi.
Każdy Kłapouchy to realista, jak sam twierdzi. Ale rzeczywistość jest taka, jaką sami
stwarzamy. A im więcej negatywnej rzeczywistości ktoś tworzy i podtrzymuje, tym więcej jej
ma. Kłapouchy widzi tylko to, co chce zobaczyć... Na przykład, nigdy jeszcze w całej historii
jednostka ludzka nie miała tak wielkich możliwości i tak wielu okazji dokonywania zmian. To
stwierdzenie łatwo jest zweryfikować, rozglądając się dokoła. Ale Efekt Kłapouchego sprawia,
że wielu ludzi święcie wierzy, iż nie ma żadnego wpływu na nic. A ponieważ w to wierzą,
rzeczywiście ogarnia ich niemoc.

— Ach, muszę ci powiedzieć, Krzysiu, że ten śnieg i to, i owo na mojej łączce, nie mówiąc już
o soplach lodu, wszystko to nie sprawia, aby o trzeciej nad ranem było tam tak ciepło, jak to
się niektórym zdaje...

Życie bez trudności byłoby niczym strumień bez kamieni i zakrętów pewnie tak samo
interesujący jak beton. Bez problemów niemożliwy jest własny rozwój, grupowe osiągnięcia,
postęp ludzkości. Ale w problemach ważne jest to, co z nimi zrobimy. Przeciętny Kłapouchy
nie przezwycięża problemów. Nie, to wygląda zupełnie odwrotnie.

— I powiedziałem sobie: są tacy, którzy zmartwiliby się, gdybym zamarzł z zimna. Ale oni
zamiast mózgów mają tylko szary proch, który przez pomyłkę został wdmuchnięty w ich
głowy. Oni po prostu nie myślą. I jeśli śnieg będzie padał jeszcze sześć tygodni, to może
które z nich sobie pomyśli: „Kłapouchemu nie jest tam chyba za gorąco o trzeciej nad
ranem". I wtedy okaże się, co się stało. I będzie im żal.

Kłapouchy, innymi słowy, to Jęcząca Maruda. Widzi tylko negatywy, nie dostrzegając
pozytywów, i jest tak opętany tym, co jest złe, że dobre rzeczy w życiu przechodzą obok
niego nie zauważone. Czy zatem ktoś taki może nam powiedzieć, o co naprawdę chodzi w
życiu? Gdyby wszechświatem rządziły Prawa Kłapouchego, to zawaliłby się już na samym
początku. Całe dzieło stworzenia, od migrujących kolibrów po wirujące planety, działa na
zasadzie przeświadczenia, że „to da się zrobić". Cytując Williama Blake'a: „Gdyby słońce i
księżyc zwątpiły / To by się zaraz skończyły".
Tak więc żadne społeczeństwo, które chce przetrwać, nie może być rządzone przez
Kłapouchych. Każdy Kłapouchy bowiem szydzi z rzeczy najważniejszych dla przetrwania i
osiągnięcia dobrobytu. Jak pisał Lao-tse:

Kiedy usłyszą o Drodze,


Najwyższe umysły uprawiają ją;
Przeciętne umysły myślą o niej
I próbują jej od czasu do czasu;
Najniższe umysły śmieją się z niej.
Gdyby się z niej nie wyśmiewali,
Nie byłaby to Droga.

Wybaczcie na chwilę. Właśnie przyszedł ten list.


- Poczta do Puchatka od jego fanów, jak sądzę — powiedział Prosiaczek zazdrośnie.
-Do mnie? — spytał Puchatek, budząc się nagle.
-Nie, to... Hmmm. Przeczytam go wam.

Szanowny Panie,
z niemałym zdziwieniem zauważyłem, iż w Pańskiej zabawnej książeczce, Tao Kubusia
Puchatka, nie wspomniał Pan nawet o żadnej z pozytywnych cech najbardziej ujmującej
postaci z książek A. A. Milne'a. Mam tu na myśli, rzecz jasna, owego milutkiego KŁA
Kłapouszka.
Trudno jest mi doprawdy zrozumieć, jak ktoś mógł przemilczeć zasługi owego uprzejmego,
dobrodusznego i inspirującego KŁA Kłapouchego. Jego mądrość i wnikliwość umysłu mogą
służyć za przykład dla wszystkich w tej epoce ciemnoty, w której żyjemy.

-Ciemnoty? — zdziwił się Puchatek, wyglądając przez okno. — Gdzie?


- To tylko taka przenośnia, Puchatku.
-Ach, to jedna z tych takich.
-On musiał siedzieć w ciemnicy, kiedy to pisał — powiedział Prosiaczek, przyglądając się
listowi.
— Masz na myśli charakter pisma? Dość paskudny. Ale czytajmy dalej...

Tak, w tych czasach powszechnej nudy i niestosownych zachowań, przyjemnie — i


pobudzająco — jest wiedzieć, że istnieje ktoś tak wartościowy, godny podziwu i skromny jak
KŁA Kłapouchy.
Przyjaciel
P.S. Nie zrób tego błędu po raz drugi.

No to mieliśmy opinię... Bez względu na to, kto napisał ten list, mam wrażenie, że usłyszymy
jeszcze niejedną jego opinię.

Przypatrzmy się niektórym Kłapouchym wokół nas. Zaczniemy od tego, co można nazwać
środkami przekazu negatywnych wiadomości. Jak pisał Henry David Thoreau w Waldenie:
Jestem pewien, że nigdy nie przeczytałem żadnej wartej zapamiętania wiadomości w
gazecie. Jeżeli przeczytamy o jednym obrabowanym lub zamordowanym człowieku, albo
zabitym w wypadku, albo jednym spalonym domu, albo jednym zatopionym statku, albo
jednym eksplodującym parowcu, albo jednej krowie rozjechanej przez Zachodnią Kolej, albo
jednym zabitym wściekłym psie, albo jednym przypadku pojawienia się świerszczy zimą — to
nie potrzebujemy już czytać o następnym. Jeden zupełnie wystarczy.

Dzisiaj, dzięki masowemu przekazowi negatywnych wiadomości, mamy przesyt informacji o


problemach, z którymi i tak nic nie możemy zrobić. Pomimo wielkiego nagłaśniania takich
problemów, niewiele z nich ma faktycznie jakikolwiek wpływ na nasze życie. A kiedy
pojawiają się takie, które ten wpływ mają — jak na przykład to, co pobliska elektrownia
atomowa robi z naszym zdrowiem — wówczas środki przekazu najczęściej milczą. Dziwne.
Środki przekazu negatywnych wiadomości rzadko mówią o problemach, które możemy starać
się rozwiązywać, a już zupełnie nigdy nie mówią, co powinniśmy w tych sprawach zrobić.
Zapewne dałoby nam to zbytnią przewagę.
Środki przekazu negatywnych wiadomości szydzą ze wszystkiego i wszystkich, nazywając to
obiektywizmem. Chociaż wśród reporterów i dziennikarzy są ludzie odważni i szlachetni,
pragnący przekazać prawdę, większość jednak zachowuje się jak podglądacze z notesami i
kamerami, bardziej zainteresowani zniszczeniem bohaterów niż ujawnieniem złoczyńców.
Jeżeli środki przekazu publicznie tworzą pozytywny obraz jakiejś osoby, to tylko po to, żeby
później również publicznie zeskrobywać jego resztki, co okazuje się pomocne w
sprzedawaniu samochodów i pasty do zębów.
Mówi się nam, że bohaterowie nie są nieskalani. Tak jak tygrys, potrafią wejść na drzewo, ale
nie umieją z niego zejść — przeszkadzają im ogony. Taki to a taki jest przecież tylko zwykłym
człowiekiem. (Czy to zbrodnia?) Inny znów jest oszustem. Jednakże z jakiegoś niewiadomego
powodu redaktorzy negatywnych wiadomości mają dziwną tendencję pomijania milczeniem
czynów Największych Oszustów w Najwyższych Miejscach — tych, którzy powodują
największe szkody. Ludzie Godni Podziwu z ostatniego miesiąca popadają teraz w niełaskę i
szybko znikną z zasięgu wzroku. Na ich miejsce wskoczy nowy zestaw, pokazany w
najnowszej audycji czy numerze tygodnika, niczym tarcze na strzelnicy. Potem oni też
zostaną ustrzeleni, i tak dalej. Cała inżynieria tego procesu przypomina mi inne słowa
Williama Blake'a: „Prawda mówiona w złej wierze / Bije wszelkie kłamstwa powiedziane
szczerze".
W rzeczywistości bohaterowie są bohaterscy, ponieważ — pomimo swych słabości, a czasami
właśnie dzięki nim — dokonują rzeczy wielkich. Gdyby byli doskonali, to nie znaleźliby się w
tej ziemskiej klasie szkolnej. Ich mocne i słabe strony mogłyby być pokazane obiektywnie dla
oświecenia innych. Ale środki przekazu negatywnych wiadomości nie są tym zainteresowane.
Wręcz przeciwnie — koncentrują się na skazach, i to w sposób możliwie najbardziej
sensacyjny, aby tylko zarobić więcej pieniędzy. Kto zatem chciałby starać się wybić ponad
przeciętność i pomóc innym zrobić to samo, skoro wie, że środki przekazu negatywnych
wiadomości tylko czekają na okazję, aby wdeptać go w ziemię na oczach milionów widzów?
I sprawa równie ważna — jak takie zabijanie charakteru wpływa na samą widownię? Cytując
raz jeszcze Henry'ego Davida Thoreau:
Gdybym był rurociągiem, wolałbym, żeby przepływały przeze mnie górskie strugi i strumyki
Parnasu, a nie miejskie ścieki. Istnieje natchnienie — ta plotka z niebieskiego posterunku,
wpadająca w ucho uważnego słuchacza. Istnieje też sprofanowane i zepsute objawienie baru
i posterunku policji. To samo ucho może usłyszeć oba przekazy... Winniśmy traktować nasze
umysły, czyli samych siebie, jak niewinne i naiwne dzieci, których jesteśmy opiekunami, i
uważać na to, co wrzucamy w pole ich uwagi. Nie czytajcie „Times'a". Czytajcie Wieczności.
Uuups. Znowu nadchodzi.

-Czy ktoś słyszał już nowinę? — zapytał ponuro Kłapouchy, wchodząc ponuro do pokoju.
-Co takiego? — odpowiedziałem.
-Katastrofa. Totalna, absolutna k a t a s t r o f a.
-Myślałem, że to było wczoraj. Albo przed wczoraj.
-Wszystkie gazety o tym piszą — ciągnął Kłapouchy, ignorując mnie najlepiej jak umiał.
-O której eksploduje ziemia? — zapytałem, spoglądając na zegarek.
-Bardzo zabawne — odparł Kłapouchy. — Można powiedzieć, że patetyczne.
-A więc kiedy — pytałem dalej — zgaśnie słońce?
-Ha, ha. Tylko ty mogłeś coś takiego wymyślić. Słońce zgaśnie! Ale żebyś nie mówił, że to
moja wina, jeżeli tak się nie stanie.
-No dobrze, nie będę. Ale będę ciebie obwiniać, jeśli tak się stanie.

Całe te rozważania o gazetach, plotkach i takich sprawach prowadzą nas do klasycznych


Kłapouchych, morderców radości i niszczycieli dobrej zabawy, potocznie zwanych krytykami.
Dobrze ich znacie, bez względu na to, czy chodzi o szacownych szargaczy reputacji, czy też o
mieszkającego obok was starego marudę. Jeżeli śpiewacie, oni potrafią śpiewać lepiej
(chociaż wcale nie umieją śpiewać). Jeżeli tańczycie, oni potrafią tańczyć lepiej (chociaż
wcale nie umieją tańczyć). Jeżeli reżyserujecie spektakl teatralny, oni potrafią go lepiej
wyreżyserować (chociaż wcale nie umieją reżyserować). Cokolwiek robicie — oni potrafią
zrobić to lepiej, nawet jeżeli nie umieją robić tego choćby tak samo dobrze jak wy. A
ponieważ nie umieją tego robić tak dobrze jak wy, nie potrafią tego właściwie ocenić. Czy to
potępiając genialne dzieło, czy wychwalając coś prawdziwie okropnego, krytycy mylą się w
znacznej większości przypadków. A mimo wszystko mogą mieć niezwykle duże wpływy. Te
wpływy są odpowiedzialne za bezpowrotne utracenie wielu rzeczy, które mogłyby przynieść
światu znaczne korzyści.
Chuang-tse opisał ograniczenia krytyków w opowieści o wszystkowiedzącej przepiórce:
Jest taki wielki ptak zwany P’eng. Jego grzbiet wygląda jak łańcuch górski, jego skrzydła są
jak chmury na niebie. Wznosi się w górę niczym trąba powietrzna, aż przebije się przez
najwyższe obłoki i stopi z nieskończonym błękitem.
Kiedy tak sunie bez wysiłku w kierunku morza, przepiórka z bagien unosi głowę, spoglądając
nań z dołu, i śmieje się.
„A ten ptak myśli sobie, że co on robi?" —mówi przepiórka. — „Ja podskakuję i przelatuję
kilka stóp. Potem spadam i biegam sobie tu i tam po krzakach. To jest właśnie fruwanie!
Kogo ten stwór chce nabierać?”
...Tak się dzieje, że wiedza małego umysłu nie sięga tego, co jest wielkie, tak jak
doświadczenie kilku lat nie może równać się doświadczeniu lat kilkudziesięciu. Jednodniowy
grzyb nie wie, co dzieje się pod koniec miesiąca. Krótko żyjąca cykada nie ma pojęcia o tym,
jak wyglądają inne pory roku.
Naszą ulubioną przypowieść o krytykach usłyszeliśmy kilka lat temu od kogoś-tam, kto
usłyszał ją gdzieś-tam:
Podróżujący niezależnie od siebie po kraju Hindus, rabin i krytyk, zostali pewnego popołudnia
zaskoczeni w tej samej okolicy przez gwałtowną burzę. Znaleźli schronienie w pobliskim
gospodarstwie.
-Ta burza potrwa kilka godzin — powiedział im rolnik. — Lepiej zostańcie tu na noc. Niestety,
pokój gościnny pomieści jedynie dwie osoby. Jeden z was będzie musiał spać w stodole.
-Ja mogę tam spać — powiedział Hindus. — Odrobina ascezy to dla mnie nic nowego.
I poszedł do stodoły.
Kilka minut później ktoś zapukał do drzwi. To był Hindus.
-Przepraszam — zwrócił się do pozostałych — ale w stodole jest krowa. Według mojej religii
krowy są święte i nie wolno mi wkraczać na ich teren.
-Nie martw się — powiedział rabin. — Rozgość się tutaj. Ja pójdę spać w stodole.
I poszedł do stodoły.
Po kilku minutach znów ktoś zapukał do drzwi. To był rabin.
—Bardzo mi przykro, że wam przeszkadzam — powiedział — ale w stodole jest świnia.
Według mojej religii świnie są nieczyste. Nie mogę czuć się dobrze razem ze świnią w tym
samym pomieszczeniu.
—No, dobrze — powiedział krytyk. — To ja pójdę spać w stodole.
I poszedł do stodoły.
Po kilku minutach ktoś zapukał do drzwi. Tym razem przyszły krowa i świnia.

Niektórzy krytycy mogą naprawdę zastraszać otoczenie. Nie można zrobić albo powiedzieć
prawie nic, żeby nie narazić się temu szczególnemu — bardzo szczególnemu — rodzajowi
Kłapouchego. Jeżeli akurat zrobicie albo powiecie niewłaściwą rzecz (albo właściwą rzecz),
możecie znaleźć się poza kręgiem dotychczasowych przyjaciół. Takie wykluczenie przez
Kłapouchych ma jednak swoje dobre strony. Przynajmniej nie musisz spotykać się z...
—Zakluczenie? — zdziwił się Puchatek.
— Jak można być zakluczonym? Chyba, że jest się zamkiem.
-Nie zakluczonym, ale wykluczonym.
-One są bardzo duże, prawda? — powiedział Prosiaczek. — To wielkie ptaki te strusie.
-Nie — nie mówiłem „wystrusiony", ale wykluczony.
-To naprawdę duże ptaki... — podjęła Sowa.
-Słuchajcie wreszcie, co mówię...
-Taki samiec gatunku Struthio może osiągnąć wysokość ośmiu stóp i wagę trzystu
funtów. Jak to zwykle bywa z takimi wielkimi stworami, mogą być bardzo niebezpieczne,
kiedy się rozzłoszczą, a...
-Wybaczcie na chwilę. Tylko przeniosę te papiery do drugiego pokoju.

Maleństwo pierwszy raz w życiu wzięło udział w przyjęciu. Toteż było ono z tego powodu
niesłychanie przejęte. Gdy wszyscy zasiedli do stołu, Maleństwo zaczęło gadać.
-Jak się masz, Puchatku! — zapiszczało.
-Jak się masz, Maleństwo! — odpowiedział Puchatek.
Maleństwo podskoczyło parę razy na swoim wysokim stołku i zaczęło znowu.
- Jak się masz, Prosiaczku! — zapiszczało.Prosiaczek skinął mu tylko z daleka łapką, bo był
zanadto zajęty, żeby cokolwiek powiedzieć.
-Jak się masz, Kłapouchy! — zapiszczało Maleństwo.
Kłapouchy posępnie skinął głową.
— Zaraz będzie deszcz — powiedział — jeśli już nie pada.

Teraz przejdziemy do Kłapouchych Nauczycieli, których koncepcja edukacji polega na


wtłaczaniu jak największej ilości niemiłych rzeczy w jak najmłodsze dzieci. Być może w
przeszłości nadepnęła ich o jeden raz za dużo Pięta Fortuny i teraz chcą wyładować swe
frustracje na innych, najlepiej mniejszych od siebie. Być może oni naprawdę wierzą, że ich
podejście do nauczania jest najlepsze (pomimo faktu, że niewielu z jego absolwentów zna
cały alfabet albo wie, gdzie postawić przecinek). Trudno powiedzieć. Ale z pewnością można
powiedzieć, że ich podejście edukacyjne jest sprzeczne z prawami natury niemal na każdym
etapie procesu nauczania.
Umysłowo, uczuciowo i fizycznie istocie ludzkiej przeznaczone jest długie dzieciństwo, po
którym następuje krótki okres dojrzewania i wreszcie dorosłość — stan odpowiedzialnej,
polegającej na sobie pełni. Dzisiejsze dzieci natomiast doświadczają coraz krótszego
dzieciństwa, a po nim przedwczesnego i przedłużonego okresu dojrzewania, z którego bardzo
niewielu w ogóle wychodzi.
Zamiast pomagać dzieciom w rozwijaniu umiejętności potrzebnych do pokonywania
pojawiających się przed nimi trudności, w naturalnej kolejności, w jakiej pojawiają się ich
potrzeby, system edukacyjny Kłapouchych (z dużą pomocą rodziców i przemysłu
rozrywkowego) wmusza w nie zbyt wcześnie zbyt wiele niepotrzebnych informacji, z którymi i
tak nic nie mogą zrobić. I wtedy dzieci się zatykają.
Aby przeciwdziałać tendencji spadkowej w wynikach testów ostatnich lat, system edukacyjny
wprowadził bardzo drogie maszyny, które miały nauczać. Uczcie się pisać od komputera, i
tak dalej. (Oczywiście, można było wprowadzić ludzi, którzy umieją pisać albo robić coś
innego, aby uczyli pisania czy czegoś innego — nawet ochotników, gdyby to było konieczne.
Ale to byłoby zapewne zbyt proste. Prawie oszustwo.) Teraz ta kosztowna technologia
nauczania powoduje bankructwo całego systemu. A więc, ażeby ograniczyć koszta, specjalny
zespół Kłapouchych eliminuje to, co oni uważają za niepotrzebne lekcje — plastykę, twórcze
pisanie, aktorstwo, i tak dalej — akurat te lekcje, które uczą obserwacji, rozumowania i
komunikowania, a także utrzymują przy życiu ich dusze i prawe półkule mózgu.
System edukacyjny Kłapouchych uważa dzieciństwo za stratę czasu — luksus, na który
społeczeństwo nie stać. Jego odpowiedzią na zanikające dzieciństwo jest przyspieszenie tego
procesu — trzeba dawać uczniom więcej informacji, w szybszym tempie i coraz wcześniej.
Posłać dzieci do szkoły możliwie najwcześniej; obarczyć je zadaniami domowymi; zabrać im
ich czas, ich kreatywność, ich zabawę, ich moc; a potem wetknąć je w maszyny. To zmusi je
do posłuchu. No, może trochę chłosty też nie zaszkodzi.
Ponad dwa tysiące lat temu Chuang-tse opisywał podobną sytuację:
Starożytny cesarz Shun zalecał rywalizację umysłową swych poddanych. Dzieci wprawdzie
rodziły się dziewięć miesięcy po poczęciu, ale już pięć miesięcy później uczono je sztuki
konwersacji. Wkrótce potrafiły zwracać się do ludzi używając ich tytułów i nazwisk. A potem
ludzie zaczęli umierać bardzo młodo...
Takie rządy jedynie nominalnie zaprowadzały porządek, a w rzeczywistości powodowały
chaos. Sprzeciwiały się światłu słońca i księżyca, krzywdziły góry i rzeki, zatruwały owoce
czterech pór roku. Okazały się bardziej śmiertelne niż ukąszenie skorpiona albo dzikiej bestii.
Im bardziej dzieci są kształcone przez Kłapouchych, tym więcej mają problemów. A im więcej
mają problemów, tym bardziej Kłapouchy nalega na kształcenie ich w coraz młodszym wieku.
Odpowiedzią Kłapouchych Nauczycieli na problemy, które sami stwarzają, jest: złamać je.
Odpowiedzią dzieci natomiast jest załamanie się.

Prosiaczek wstał wcześnie tego ranka, by uzbierać bukiecik fiołków. Gdy je uzbierał i włożył
do wazonika, nagle pomyślał sobie, że jeszcze nigdy nikt nie uzbierał bukiecika fiołków dla
Kłapouchego. I im bardziej o tym myślał, tym bardziej sobie myślał, jak to jest smutno być
Zwierzęciem, dla którego jeszcze nigdy nikt nie uzbierał bukiecika fiołków. Wybiegł więc
znów z domu i powtarzał sobie w myśli: „Kłapouchy, Fiołki, Fiołki, Kłapouchy", żeby nie
zapomnieć, bo to był już taki Dzień Zapominalski. Więc uzbierał spory pęczek fiołków i szedł
sobie, i wąchał je, aż zaszedł do Kłapouchego.
—O, Kłapouchy — zaczął Prosiaczek trochę nerwowo, ponieważ Kłapouchy był zajęty.
Kłapouchy podniósł jedną nogę i machnął nią w stronę Prosiaczka.
—Jutro — rzeki Kłapouchy — lub kiedy indziej.

Tak jak opisani wcześniej nauczyciele Żelazne Pięści, poniżsi przedstawiciele gatunku
Kłapouchych również działają przeciw prawom natury, a potem narzekają na rezultaty. W
swym zachowaniu są wręcz uosobieniem przeciwieństwa taoistycznego przekonania, że
trzeba zachowywać równowagę męskiej i żeńskiej energii, że kiedy męska zaczyna
przeważać, musimy podnosić poziom energii żeńskiej.
Owe raczej surowe osoby, do których teraz przejdziemy, można by nazwać Kłapouchymi
Amazonkami. Są to ideowi potomkowie purytanów — tych ponurych osobników, którzy
uważali wszystko, co żeńskie, za nic dobrego, włączając w to sztukę, muzykę, taniec, śpiew,
świat przyrody i praktycznie wszystko to, co czyni życie radosnym. Tak jak wielu innych
(łącznie z nami), Kłapouche Amazonki nazywają siebie feministkami. Ale to słowo jakoś do
nich nie pasuje. One nie lubią swej kobiecości. W jej miejscu pragnęłyby widzieć męskość.
Dziwne. Nawet bardzo dziwne.
Podobnie jak niektórzy zwolennicy joggingu są takimi miłośnikami automobilizmu, że biegają
po asfaltowych szosach i wdychają trujące spaliny — Kłapouche Amazonki są takimi
wielbicielkami męskości, iż myślą o sukcesie, władzy i temu podobnych sprawach w męskich
kategoriach agresji i walki.
I w ten sposób, kiedy znaczna większość nas, mężczyzn, porzuciła stereotyp niszczącego
ziemię, rodzinę i społeczeństwo machismo, nadeszły Kłapouche Amazonki, klnąc i plądrując
jak piraci w kiepskim hollywoodzkim filmie. Nie nazwalibyśmy tego podnoszeniem poziomu
żeńskiej energii. A mimo to, kiedy tak naśladują i wzmacniają najgorszy rodzaj męskiej
energii, odrzucają jednocześnie prawie wszystko, czego nie lubią, jako przejawy męskości i
zagrożenie — do tego stopnia, że widzą je nawet tam, gdzie ich nie ma. Coraz to dziwniejsze.
Przykładowo, Amazonki chcą wyeliminować z języka angielskiego to, co nazywają „męskimi"
rzeczownikami, zaimkami i przymiotnikami (które w rzeczywistości są rodzaju nijakiego),
ponieważ, jak twierdzą, słowa te są poniżające dla kobiet. Zastępują je więc innymi, które są
poniżające dla wszystkich.
Najpierw zmusiły nas do zmiany słowa „przewodniczący" na „osoba przewodnicząca" — co
oznaczało to samo co „przewodniczący", tylko było trudniejsze do wymówienia, dłuższe do
napisania i trochę głupie. Po jakimś czasie, przyznając, że „osoba przewodnicząca" to
dziwaczne i głupie określenie, zmusiły nas do zamiany go na „przewód". Wiecie, co to jest
przewód? To taka rzecz. Kabel.
Tak więc poprawny angielski zamienił się w język sformalizowany, prawniczo-politykierski...

Jeżeli osoba nie nadąża za jego lub jej towarzyszami, być może on lub ona słucha innego
perkusisty albo innej perkusistki. Niech wówczas on lub ona dostosuje się do muzyki, którą
on lub ona słyszy, nawet jeżeli ma inny rytm lub jest oddalona.
...i równie nonsensowną mnogomowę:
Jeżeli osoby nie nadążają za ich towarzyszami, być może słuchają innych perkusistów lub
perkusistek.

Kiedy już wszystkie książki i tak dalej zostaną ocenzurowane i przeredagowane w taki
sposób, by odpowiadały Kłapouchym Amazonkom, co one właściwie osiągną? I dlaczego
słowa są dla nich aż tak ważne? Przykładowo, kiedy wychodzą za mąż, to nie przyjmują
nazwiska rodziny męża. Nazwisko takie, przekazywane w linii męskiej, jest oczywiście
symbolem „męskiego szowinizmu", jak twierdzą. Pozostają więc przy nazwiskach panieńskich
— które przecież i tak odziedziczyły po ojcach. (A może ich ojcowie byli gorącymi
zwolennikami równouprawnienia kobiet?)
Za tą antymęską terminologią kryje się nic innego, jak supermęskość, ponieważ Kłapouche
Amazonki naśladują najniższe przejawy męskich zachowań i zwiększają poziom właśnie tej
energii, którą krytykują. Rozbijają kluby dla mężczyzn, ponieważ, jak twierdzą, są one oznaką
dyskryminacji. A zaraz potem zakładają kluby dla kobiet, do których nie wpuszcza się
mężczyzn. Oskarżają mężczyzn o seksizm, a same się tak zachowują. Mówią, że pragną
mężczyzn wrażliwych, kiedy jednak takich spotkają, pomiatają nimi. Mówiąc krótko, ich Nowa
Kobieta chce być taka sama, jak Dawny Mężczyzna. A może nawet jeszcze gorsza.
W świecie, który błaga wręcz o uwolnienie z żelaznego jarzma supermęskości, Kłapouche
Amazonki serwują nam dolewkę. Kto jej potrzebuje? Przeciwstawianie się supermęskości
przez supermęskość przypomina gaszenie ognia benzyną. Wrażliwości nie da się ludziom
wbić do głowy, ale można im ją z głowy wybić.
Do jakiej przyszłości i jakiego świata pchają nas Kłapouche Amazonki? Gdzie podziewa się
szacunek dla kobiety? Jak każdy widzi, kobiety są dziś wykorzystywane i nadużywane
bardziej niż kiedykolwiek. Nigdy nie były ukazywane w tak poniżający sposób w filmach,
programach telewizyjnych, czasopismach i książkach. Natomiast żeńska siła robocza,
według statystyk, jest niżej opłacana niż dwadzieścia lat temu. Wpływ Kłapouchych
Amazonek nie tyle uwalnia kobiecość, co sprawia, że staje się ona bardzo tania.
Prawdę mówiąc, szacunek dla kobiecości tonie niczym „Titanic” — i w konsekwencji to samo
dotyczy stanu ziemi, rodziny i społeczeństwa. Kłapouche Amazonki winią za to wszystko
mężczyzn. Gdyby były mądrzejsze, obwiniałyby źle ukierunkowaną, nadmierną męską
energię — łącznie z tą, której poziom same zwiększają.
Kiedy tonął „Titanic”, w kolejkach do łodzi ratunkowych wołano najpierw kobiety i dzieci.
Teraz słychać okrzyki „kobiety i dzieci na końcu!" Jak nam to wyjaśnił pewien młody człowiek
po zrobieniu szczególnie paskudnej uwagi swej sekretarce: „Już nie musimy być dla nich
mili".
Tak jak każdy rodzaj Kłapouchych, Kłapouche Amazonki chcą, by mężczyźni przestali być
rycerscy (nie twierdzę bynajmniej, że wielu z nich jest rycerskimi). Rycerskość jest
opiekuńcza i poniżająca dla kobiet, jak mówią. Czy naprawdę? I czy rycerskość ogranicza się
do zachowania mężczyzn wobec kobiet? Czy to w swej europejskiej, czy azjatyckiej wersji —
etyka rycerska uznaje delikatność, troskę i szacunek za właściwe zachowania, a pomoc
poszkodowanym przez los — za pożądaną i godną podziwu. Bez rycerskości będziemy mieli
„oko za oko", „silniejszy ma rację", „zabij albo zgiń". Zatem musimy ostrzec, wraz z dawnymi
autorami taoistycznymi, błędnymi rycerzami i ludźmi z lasu: Jeżeli odrzucicie rycerskość i
żeńską energię, to lepiej strzeżcie się.
Na zakończenie tego rozdziału chcielibyśmy zacytować fragment z książki Nadzieja przeciw
nadziei: 'Wspomnienia, w której Nadieżda Mandelsztam opisuje działanie Efektu Kłapouchego
w stalinowskiej Rosji. Na nasze nieszczęście, sama zasada nie ogranicza się tylko do innego
społeczeństwa z innej epoki, ale jest uniwersalna i wszechobecna:
Kiedyś było wielu dobrych ludzi, a nawet ci źli udawali, że są dobrzy, ponieważ tak trzeba
było robić. Udawanie stało się źródłem hipokryzji i nieuczciwości, tak bardzo piętnowanych w
realistycznej literaturze końca ubiegłego wieku. Niespodziewanym rezultatem owych
krytycznych dzieł był zanik ludzi dobrych. Dobroć nie jest przecież cechą wrodzoną — musi
być kultywowana, a dzieje się to jedynie wówczas, kiedy jest na nią zapotrzebowanie. Dla
naszego pokolenia dobroć była staromodną, zanikającą cechą, a jej propagatorzy dawno
wymarli. To, co widzieliśmy w naszych czasach — wywłaszczanie kułaków, walka klas, ciągłe
„demaskowanie" ludzi, szukanie ukrytych motywów każdego działania — nauczyło nas być
wszystkim, tylko nie dobrym człowiekiem.
Jak można zacząć zwalczać Kłapouchego w nas, a tym samym starać się przeciwstawić
Efektowi Kłapouchego? Dojdziemy do tego za chwilę. Ale najpierw...

Skłonność Tygrysa
Wydaje nam się właściwe, by rozpocząć ten rozdział od chińskiej opowieści o lekkomyślnym
tygrysie:
Wielki tygrys włóczył się po lesie. Nad jego głową tańczył w powietrzu mały ptaszek, skacząc
z gałęzi na gałąź i śpiewając. Tygrys zatrzymał się i popatrzył na niego, a potem zawołał:
-Czymże ty jesteś, że tak sobie tańczysz i śpiewasz, śmieszna istoto? Ja jestem tysiąc razy
większy od ciebie. Mogę cię zmiażdżyć jedną łapą bez najmniejszego wysiłku.
- A potrafisz to zrobić? — odpowiedział ptaszek, przeskakując zręcznie z jednej gałązki na
inną.
-Oczywiście, że potrafię to zrobić! — zaryczał tygrys.
-Wszystko, co ty potrafisz, ja mogę zrobić lepiej.
Po czym wskoczył na pień drzewa, wdrapał się nań wysoko i skoczył na gałąź, która
natychmiast złamała się z głośnym trzaskiem pod jego ciężarem. Połamały się również
wszystkie niższe gałęzie aż do samej ziemi. Pokiereszowany i podrapany tygrys powoli
podniósł się na nogi i odszedł.
Utykając powlókł się na skraj lasu i wyszedł na pole. Tam zobaczył małe futerkowe
zwierzątko ze słabymi oczkami i śmiesznymi nogami. Tak przynajmniej wydawało się
tygrysowi, który zataczał się od śmiechu, zapomniawszy o bólu.
-Z czego się śmiejesz? — zapytał kret, spoglądając na niego w górę.
-Co za dziwaczne małe stopki! — śmiał się tygrys. - I takie słabiutkie oczka!
-Widzę wszystko, co potrzeba — odparł kret — i mogę iść wszędzie tam, gdzie mi się
podoba.
-Ho, ho, ho! — śmiał się dalej tygrys. — Ja potrafię to robić znacznie lepiej od ciebie!
-No, dobrze — powiedział kret. — To zobaczmy, jak przechodzisz obok tych ludzi
pracujących na polu.I zniknął w dziurze, aby po chwili wyskoczyć z innej dziury, daleko za
wieśniakami.
-Idę do ciebie! — wrzeszczał tygrys, posuwając się skokami przez pole.
A jak wieśniacy zaczęli krzyczeć! Jakimi ciężkimi narzędziami machali! Jakimi wielkimi
kamieniami rzucali! Wystraszony i zbity tygrys powlókł się z powrotem, ledwo uchodząc z
życiem.
Po jakimś czasie dotarł do bagna. I tam zauważył małe, powolne stworzenie z zawiniętą
muszlą na grzbiecie.
-Cóż to za bezużyteczny stwór! — wykrzyknął tygrys. — Wcale nie ma nóg!
- A po co mi nogi? — zapytał ślimak. — Jest wiele miejsc, przez które nie można przejść
nogami.
-Gdzie? — zapytał tygrys z niedowierzaniem.
-Na przykład przez grzęzawisko — odparł ślimak.
-Nonsens! — zagrzmiał tygrys. — Mogę przez nie przebiec jak błyskawica, skacząc z kłody
na kłodę!
I bez chwili zastanowienia skoczył w kierunku najbliższej kłody. Był jednak zbyt ciężki i spadł
za blisko. Ślimak posuwał się powoli po trawach bagiennych, pozostawiając szamoczącego
się tygrysa daleko w tyle.
—Mówienie to jedno — zamruczał do siebie. — A robienie to coś całkiem innego.

W tym rozdziale przyjrzymy się przeciwieństwu Kłapouchego — zwierzątku, które wierzy we


wszystko i wierzy, że to wszystko jest czymś, co potrafi. Dla Tygrysa nie ma rzeczy
niemożliwych — przynajmniej dopóki nie spróbuje.
— Jakżeś ty tam wlazło, Maleństwo? — spytał Prosiaczek.
— Na grzbiecie Tygrysa. Ale Tygrysy nie mogą złazić na dół, bo ich ogony włażą im w drogę.
Tygrys zapomniał o tym, kiedyśmy włazili, i teraz dopiero sobie przypomniał. Więc musimy tu
zostać na zawsze, już na zawsze! Chyba że wejdziemy wyżej. Co ty mówisz, Tygrysku?
Tygrys powiada, że jeśli wyleziemy wyżej, to nie będziemy mogli zobaczyć domku
Prosiaczka, więc już zostaniemy tutaj.

Jak wiadomo każdemu, kto miał kiedyś do czynienia z Tygrysami, są one bardzo dobre w
rozpoczynaniu wszelkich przedsięwzięć, ale niezbyt dobre w doprowadzaniu ich do końca.
Życie zawsze wydaje się Tygrysom bardziej zielone nie tam, gdzie są. Nieskończone
możliwości stale ich nęcą — szczególnie jeśli wpadną w kłopoty, co Tygrysom zdarza się
bardzo często.

...Tygrys trzymał się gałęzi i mówił do siebie: „[Skakanie w dół] jest dobre dla zwierząt
skaczących jak kangury, a nie dla zwierząt pływających jak tygrysy". I wyobraził sobie, że
płynie na grzbiecie w dół rzeki lub wyrusza z jednej wyspy na drugą, i czuł, że to dopiero
byłoby życie dla Tygrysa.
-Skacz, Tygrysku! — zawołał Krzyś. — Nic ci się nie stanie.
-Poczekaj chwilkę — rzekł Tygrys niespokojnie. — Kawałek kory wpadł mi do oka...
-Skocz, to bardzo łatwo! — piszczało Maleństwo.I nagle Tygrys przekonał się, jak to jest
łatwo.
-Ojej! — wrzasnął, gdy drzewo mignęło mu tuż przed oczyma.

Być entuzjastą to nic złego. Gdyby nie entuzjaści, nie byłoby znaczących postępów w życiu i
byłoby nudno. Ale entuzjaści są czymś więcej niż Tygrysami. Szybko zaznajamiają się z tym,
czego są entuzjastami, i wiedzą, kiedy czegoś lepiej nie dotykać. Tygrys zaś to szalony
entuzjasta. (A z czym on się zaznajamia, można tylko zgadywać.)

W Chatce Puchatka Prosiaczek opisał Tygrysa jako „Bardzo Rozbrykane Zwierzę, które
mówi »Jak się masz!« w taki sposób, że ma się potem pełne uszy piasku, nawet gdy
Kangurzyca mówi: »Spokojnie, Tygrysku kochany« i znów pomaga ci stanąć na nogach".
Królik opisał go jako „z takiego gatunku Tygrysów, które idą zawsze przodem wtedy, gdy
wskazuje im się drogę dokądkolwiek, i zazwyczaj wcale ich nie widać, gdy wreszcie
przychodzi się na miejsce i chciałoby się z dumą powiedzieć: »Oto jesteśmy*". Alexander
Pope scharakteryzował go dość dokładnie, pisząc: „Niektórzy ludzie nigdy niczego się nie
nauczą, ponieważ wszystko rozumieją zbyt szybko". Psychiatra mógłby opisać go jako
„osobowość działającą pod wpływem nieodpartego impulsu". My opisalibyśmy go jako
zwierzątko o żelaznych kaprysach i gumowej dyscyplinie wewnętrznej. Podczas gdy nauki
Zachodu raczej zachęcają do tygrysich zachowań, nauki Wschodu często przed nimi
ostrzegają. W Tao Te Ching, na przykład, znajdujemy następujący fragment:

Silne wiatry nie wieją cały ranek;


Ulewny deszcz nie pada cały dzień.
Czyż nie stworzyły ich niebiosa i ziemia?
Jeśli cała potęga niebios i ziemi
Nie potrafi utrzymać gwałtownego działania,
Jak ty mógłbyś to uczynić?
** *
Stojąc na palcach, trudno utrzymać równowagę.
Chodząc długimi krokami, człowiek szybko
się męczy.
Strojąc się w błyskotki, człowiek pokazuje
swą ciemnotę.
Obnoszenie się ze swą prawością jest przejawem
próżności.
Wychwalając siebie samego, nie zdobywa
się szacunku.
Wyolbrzymianie swych osiągnięć nie da się długo
utrzymać.
Wyznawcy Drogi uważają wszystko to
Za zbytek jedzenia, niepotrzebny bagaż.
Nie dają one szczęścia.
Zatem wyznawcy Drogi
Unikają ich.
** *
Nie pokonuj świata siłą,
Siła bowiem jedynie powoduje opór.
Kiedy przechodzi armia, wyrastają ciernie.
Po wielkim zwycięstwie następują lata niedoli.
Rób tylko to, co trzeba zrobić,
Nie stosując gwałtu.
** *
Niemądrze jest biegać tu i tam.
Krótki oddech powoduje napięcia.
Użyj za dużo swej energii,
A zaraz będziesz wyczerpany.
To nie jest Droga Natury.
Cokolwiek działa przeciw Tao,
Nie może trwać.

- Wychodzisz, Tygrysku?
-Tak — odpowiedział. — Idziemy z Maleństwem na piknik. Ja przynoszę kanapki.
-Tak? A z czym jest ta?
-Z masłem orzechowym, cebulą, musztardą i serem.
-Ojej! Ja... Hmmm...
-Czy coś nie tak? — zapytał Tygrys. — Zrobiłeś się jakby zielony?
-Nie, nic... Nic takiego. Zaraz mi przejdzie.Mam nadzieję, że nie idziecie daleko.
-A dlaczego? — spytał Tygrys.
-No, gdyby czasem trzeba było nagle przynieść Maleństwo z powrotem.
-Po co?
— Nic już, nic. Biegnij — i bawcie się dobrze. Dopóki będziecie mogli.

Cóż, dużo różności to galimatias.


Zachód pełen jest Tygrysów — niezmordowani poszukiwacze natychmiastowego
zaspokojenia, ludzie sukcesu większego niż samo życie. Zachód robi z nich idoli, ponieważ są
rozbrykani i podniecający. Może nawet zbyt podniecający. A cały czas stają się jeszcze
bardziej podniecający. Wydaje się, jakby nie wystarczało już być prawdziwym człowiekiem
czy nawet bohaterem — teraz trzeba być supermanem, przeżywającym swe dwuwymiarowe
życie, usiane (w prawdziwie tygrysim stylu) wykrzyknikami. Szybszy niż wystrzelona kula!
Silniejszy niż lokomotywa! Zdolny do wskoczenia na wieżowiec jednym susem! Oto nadeszła
epoka superwszystkiego — supergwiazdy, superpolityka, supertrenera, nawet
superbiznesmena: Szybszy niż spadające akcje! Silniejszy od motywacji zysku! Zdolny do
wynajęcia wieżowca w ciągu jednego dnia!
A jednak Tygrysy niekoniecznie są takie, na jakie wyglądają. Chociaż może wydawać się, że
napędza je ich własna energia, w rzeczywistości pędzą ich tak — to w tę stronę, to w tamtą
— różne rzeczy i odczucia, na których akurat przelotnie spocznie ich uwaga. I choć Tygrysy
mogą wyglądać na tryskające energią, ich umiłowanie lekkomyślnego postępowania i
sensacji jest w gruncie rzeczy formą duchowego lenistwa. Tygrysy nie panują nad swym
życiem, jak to wyraźnie widać z ich zachowania.
Na nieszczęście, bardzo łatwo być niecierpliwym, nierozważnym i roztrzepanym Tygrysem w
społeczeństwie, które podziwia, popiera i nagradza impulsywne zachowania. Reklamy
namawiają nas do kupna tego-a-tego i psucia samych siebie. To bardzo właściwe słowo —
psucie. Zasługujemy na to, jak mówią w reklamach. (Może i tak, ale chcielibyśmy myśleć, że
jesteśmy trochę lepsi.) Towary w sklepach są tak przemyślnie ustawione, by pobudzać nas
do kupowania pod wpływem nagłego impulsu. Filmy, programy telewizyjne i czasopisma
promują zachowania impulsywne najgorszego rodzaju — i to w sposób typu „rzućcie im to
prosto w twarz". Niemal wszystko,' od stylu fryzury do stylu życia, ukazywane jest jako jakiś
narkotyk, który mamy zażyć niezwłocznie, aby doznać natychmiastowej ulgi. Jeśli będziesz
miał taki model samochodu, taki krój ubrania, takie będą kształty twojej dziewczyny, albo
przeżyjesz tego rodzaju przygodę miłosną — będziesz szczęśliwy. Będziesz kochany.
Będziesz Kimś. Ci, których na to nie stać, skazani są na frustrację. Ci zaś, których stać,
skazani są na nieunikniony zawód. Jak ujął to Oscar Wilde: „Na świecie istnieją tylko dwa
rodzaje tragedii. Pierwszy — kiedy nie dostajesz tego, czego pragniesz, a drugi — kiedy to
dostajesz". Pamiętajmy też o starym perskim przekleństwie: „Żeby każde twoje pragnienie
natychmiast się spełniało".
W dwunastym rozdziale Tao Te Ching Lao-tse pokazał niewłaściwość sensacyjnego podejścia
Tygrysa do życia:

Pięć kolorów oślepia oko.


Pięć dźwięków ogłusza ucho.
Pięć smaków zabija język.
Wyścigi i polowanie ogłupiają umysł.

Podczas gdy z jednej strony Ameryka staje się pod wieloma względami Krajem Kłapouchych,
pod wieloma innymi zamienia się w Kraj Tygrysków. Iście schizofreniczna sytuacja. Umysły
dzieci amerykańskich są obecnie tak okaleczone przez gry video, widowiska telewizyjne i
komputerowe czynności lewej półkuli mózgu w pigułce, na których nie potrafią się
skoncentrować dłużej niż pięć minut. Jak stwierdza coraz więcej nauczycieli, kształcenie
takich umysłów jest niemożliwe. Jeżeli czegoś nie da się od razu uchwycić, to nie potrafią
tego zrozumieć. A jeśli da się to uchwycić od razu, to i tak tego nie zrozumieją — bo
gromadzenie informacji nie jest ich rozumieniem.
Być może dzisiejsze dzieci mimo wszystko znajdą w przyszłości zatrudnienie — może zostaną
zatrudnione jako pracownicy techniczni przez Chińczyków, Japończyków i Koreańczyków,
którzy do tego czasu będą właścicielami prawie wszystkiego, ponieważ ich kultury kładą dużo
większy nacisk na rozwój umysłu u dzieci.
Podstawową lekcją, której muszą nauczyć się Tygrysy, jest to, że jeżeli nie zapanują nad
swymi impulsami, to impulsy zapanują nad nimi. Bez względu na to, jak ciężko pracują,
Tygrysy nigdy nie są zadowolone, nie jest im bowiem znane uczucie spełnienia, które zawsze
w końcu nadchodzi, gdy jest się wytrwałym w woli osiągnięcia nie--tak-bliskich celów. Zasadę
tego typu dokonań ilustruje poniższa opowieść Chuang-tse:

K'ung Fu-tse i jego uczniowie zmierzali do księstwa Ch'u. Kiedy wyszli z lasu, natknęli się na
garbusa nabijającego latające cykady na czubek swej laski.
-Cóż za zręczność! — zawołał Mistrz, przystając, aby się temu przyjrzeć. — Jaką metodę
stosujesz?
-Najpierw — odrzekł garbus — praktykowałem balansowanie kulkami na lasce. Po pięciu czy
sześciu miesiącach mogłem utrzymać jednocześnie dwie w ten sposób, by nie spadły. Wtedy
chybiałem tylko kilka owadów. Przeszedłem do trzech kulek i wówczas chybiałem jedną
cykadę na dziesięć. A kiedy potrafiłem już utrzymać pięć kulek, to łapałem wszystkie
cykadybez wysiłku.
-Kiedy skupiam całą uwagę, moje ciało staje się niczym pień, a ramiona — niczym gałęzie
drzewa. Niebiosa i ziemia są wielkie, a dziesięć tysięcy rzeczy mnoży się wokół mnie — ale
nie zwracam na nie uwagi, a tylko na skrzydełka cykad. Mój umysł nie chwieje się; moje ciało
zachowuje równowagę. Przy takim podejściu, jak mogłoby mi się nie udać?
K'ung Fu-tse odwrócił się i rzekł do swych uczniów:
—Pamiętacie stare przysłowie: „Kiedy czyjaś wola jest nieporuszona, jego moc wzrasta".
Jakże wspaniale ten człowiek pokazuje dziś jego prawdziwość.

Inną rzecz, której Tygrysy muszą się nauczyć, znajdujemy w japońskiej opowieści o samuraju
i mistrzu Zen:
Pewien samuraj miał opinię niecierpliwego i pobudliwego. Mistrz Zen, znany ze znakomitych
zdolności kulinarnych, stwierdził, że wojownikowi należy dać lekcję, zanim stanie się jeszcze
bardziej niebezpieczny. Zaprosił więc samuraja na obiad.
Samuraj przybył o wyznaczonej porze. Mistrz Zen poprosił, aby się rozgościł, dopóki ten nie
skończy przygotowywania posiłku. Czas mijał. Samuraj zaczynał się niecierpliwić. Po chwili
zawołał:
-Mistrzu Zen — czy zapomniałeś o mnie?
Mistrz Zen wyszedł z kuchni.
-Bardzo przepraszam — powiedział — ale przygotowanie obiadu zabiera więcej czasu niż
myślałem.
I wrócił do kuchni.
Znów minął długi czas. Samuraj siedział i robił się coraz głodniejszy. W końcu zawołał, ale
nieco łagodniejszym głosem niż poprzednio:
— Mistrzu Zen, proszę. Kiedy podasz obiad?
Mistrz Zen wyszedł z kuchni.
— Bardzo przepraszam. Opóźnia się jeszcze trochę,ale to już długo nie potrwa.
I znów wrócił do kuchni.
Minął jeszcze długi czas, aż w końcu samuraj nie mógł już ścierpieć czekania. Wstał boleśnie
rozczarowany i wściekle głodny. W tym samym momencie mistrz Zen wszedł do pokoju z
tacą zastawioną potrawami. Pierwszym daniem było miso shiru (zupa sojowa). Samuraj z
wdzięcznością konsumował zupę, oczarowany jej bukietem smakowym.
-Och, mistrzu Zen — zawołał — to najlepsza miso shiru, jaką kiedykolwiek jadłem! Naprawdę
zasługujesz na swą reputację doskonałego kucharza!
-To nic takiego — odparł mistrz Zen skromnie. — To tylko miso shiru.
Samuraj odstawił pustą miskę.
-Prawdziwie magiczna zupa! Jakich tajemnych przypraw użyłeś, by wydobyć ten smak?
- Żadnych szczególnych — odrzekł mistrz Zen.
-Nie, nie — nalegam, żebyś powiedział. Ta zupa jest tak niesamowicie smaczna!
-No dobrze, powiem ci...
-Wiedziałem! — wykrzyknął samuraj, pochylając się, by lepiej słyszeć. — Musiało być coś, co
sprawiło, że tak pysznie smakowała. No powiedz wreszcie, co to było?
Mistrz Zen rzekł spokojnie:
— Dodałem trochę czasu.

-Powiedz mi, Kangurzyco, jak to jest w twoim domu, odkąd mieszka tam Tygrys?
-No, jest... interesująco.
-Co masz na myśli?
-Na przykład wczoraj rano zwalił z nóg listonosza.
-Okropieństwo — powiedziała Sowa, która nadleciała, by usłyszeć, o czym mówimy. —
Absolutne okropieństwo.
— Dlaczego przewrócił listonosza?
— Myślał, że on coś zabiera.
-Aha.
-Okropieństwo.
-No wiesz, listonosz ma taką wielką torbę...
-Tak, tak. Mam nadzieję, że Tygrys go przeprosił.
-Tak. Ale dopiero, kiedy mu wszystko wyjaśniłam.
-To i tak dobrze.
-Listonosz zachował się bardzo przyzwoicie.
-Tak? A co powiedział?
-Powiedział, że wiele razy przewracały go psy, ale nigdy jeszcze kot.

* * *
I wreszcie ostatni problem, który musimy omówić w związku z Tygrysem. Otóż za
prawdziwymi wartościami w życiu — takimi zwłaszcza, jak mądrość i szczęście — nie można
gonić, aby je złapać. Są wartości, które przychodzą do nas tam, gdzie sami jesteśmy, jeżeli
tylko im „pozwolimy — jeżeli przestaniemy się tak bardzo starać i pozwolimy, żeby sprawy
toczyły się własnym torem. Tygrys odkrył to, wbrew samemu sobie, kiedy w drugim rozdziale
Chatki Puchatka dowiedział się, co Tygrysy lubią najbardziej.
Tygrys właśnie przybył do Lasu i musiał zjeść śniadanie. A więc Puchatek poczęstował go
miodem — upewniając się najpierw, oczywiście, czy Tygrysy naprawdę lubią miód.
— Tygrysy wszystko lubią — zapewnił go Tygrys radośnie.
Ale niedługo potem Tygrys doszedł jednak do wniosku, że...

Tygrysy nie lubią miodu.


- Ach — rzekł Puchatek takim tonem, aby to brzmiało smutno i żałośnie — myślałem, że one
lubią wszystko.
-Wszystko prócz miodu — powiedział Tygrys.
Puchatek był z tego poniekąd zadowolony i oświadczył, że gdy tylko skończy śniadanie, pójdą
do Prosiaczka i Tygrys będzie mógł spróbować Prosiaczkowych żołędzi.
-Dziękuję ci, Puchatku — powiedział Tygrys — bo żołędzie to jest coś, co Tygrysy lubią
najbardziej.
Więc poszli do Prosiaczka.
- Dzień dobry, Prosiaczku! To jest Tygrys.
-Ach, czy tak? — rzekł Prosiaczek i przemknął na drugi koniec stołu. — Myślałem, że Tygrysy
są mniejsze.
-Ho-ho! — zaśmiał się Tygrys. — Ale nie z tych wielkich!
-Tygrysy lubią żołędzie — powiedział Puchatek — i właśnie dlatego przyszliśmy, bo
biedny Tygrysek nie jadł dziś jeszcze śniadania.
Prosiaczek podsunął Tygrysowi salaterkę z żołędziami i powiedział:
— Pozwól, proszę.
Po czym przytulił się do Puchatka i, czując się znacznie mężniejszy, powiedział jakby od
niechcenia:
— Więc ty jesteś Tygrys? Świetnie.
Ale Tygrys nic na to nie odpowiedział, bo miał usta pełne żołędzi. Przez jakiś czas słychać
było chrupanie, po czym Tygrys powiedział:
— Y-ggy-hy-e-u-ią o-ę-i...
A gdy Puchatek z Prosiaczkiem spytali:
-Co takiego?
Tygrys powiedział:
- Pchepracham.
I wyszedł na chwilę z pokoju.
Gdy wrócił, powiedział stanowczym tonem:
-Tygrysy nie lubią żołędzi.
-Przecież mówiłeś, że lubią wszystko prócz miodu — powiedział Puchatek.
-Wszystko prócz miodu i żołędzi — wyjaśnił Tygrys.
Gdy Puchatek to usłyszał, powiedział:
— Aha, rozumiem.
A Prosiaczek, który był poniekąd zadowolony z tego, że Tygrysy nie lubią żołędzi, zapytał:
-Więc może lubią oset?
-Dobrze trafiłeś — rzekł Tygrys — bo właśnie oset to jest coś, co Tygrysy lubią najbardziej.
Więc poszli do Kłapouchego.
- Dzień dobry, Kłapouchy! — powiedział Puchatek.- To jest Tygrys.
- Co jest Tygrys? — spyta! Kłapouchy.
-To — wyjaśnili Prosiaczek z Puchatkiem jednocześnie, a Tygrys uśmiechnął się swym
najbardziej pogodnym uśmiechem i nic nie mówił.Kłapouchy obszedł Tygrysa raz dokoła,
potem zawrócił i obszedł go drugi raz w przeciwną stronę.
-Co to jest, co powiedziałeś? — zapytał.
-Tygrys.
-Aha — powiedział Kłapouchy.
-On właśnie przyszedł — objaśnił Prosiaczek.
-Aha — powiedział znów Kłapouchy.Myślał przez dłuższy czas i wreszcie zapytał:
-A kiedy on sobie pójdzie?

Prawie od razu, jak się później okazało.

- Co się stało? — spytał Puchatek.


-Kłuje! — wybełkotał Tygrys...
— Ale przecież mówiłeś — zaczął Puchatek — sam mówiłeś, że Tygrysy lubią wszystko prócz
miodu i żołędzi.
— I ostu — rzekł Tygrys, który właśnie zaczął biegać w kółko z wywieszonym językiem.
Więc poszli do Kangurzycy. A kiedy wyjaśnili jej sytuację, ta zaprosiła serdecznie Tygrysa do
swojej spiżarni, żeby wybrał to, co lubi.
Ale im dalej Tygrys wsadzał nos tu, a łapę tam, tym więcej znajdował rzeczy, których Tygrysy
nie lubią. Gdy przeszukał już całą spiżarnię i nic nie znalazł do jedzenia, odezwał się do
Kangurzycy:
— No i co teraz będzie?
Tymczasem. Kangurzyca z Krzysiem i Prosiaczkiem otoczyli Maleństwo i patrzyli, jak ono pije
tran. Maleństwo jęczało:
- Ojej, kiedy nie mogę...Kangurzyca na to:
-No weź, kochane Maleństwo, przypomnij sobie, coś mi przyrzekło.
-Co to jest? — spytał Tygrys szeptem Prosiaczka.
-To wzmacniające lekarstwo Maleństwa — odparł Prosiaczek także szeptem. — Ono tego nie
cierpi.Wówczas Tygrys zbliżył się do Maleństwa, przechylił się przez poręcz jego wysokiego
krzesła, wysunął język i mlasnął głośno. Kangurzyca podskoczyła do góry, krzyknęła „ach!” i
chwyciła łyżkę akurat w tej chwili, gdy ta znikała w mordce Tygrysa, i wydobyła ją szczęśliwie
z powrotem. Ale tranu już nie było.
— Kochany Tygrysku — szepnęła Kangurzyca.

—Wziął, wziął, wziął moje lekarstwo, wziął moje lekarstwo, wziął moje lekarstwo —
zaśpiewało uszczęśliwione Maleństwo, myśląc, że to wspaniały żart.
A Tygrys spojrzał w sufit, z błogim uśmiechem przymknął oczy i zaczął obracać językiem w
mordce, zlizując resztki lekarstwa, żeby ani odrobinki nie stracić. Po czym powiedział:
—To właśnie lubią Tygrysy.

No i dobrze...

ŁUUUPS!!!

-Tygrysku, pomóż panu wstać. Właśnie przewróciłeś ochroniarza Prosiaczka. To znaczy,


jego byłego ochroniarza.
-Ale on zasnął — powiedział Tygrys.
-Nie, myślę raczej, że stracił przytomność. Walnąłeś trochę za mocno, co?
-Spieszyłem się — wyjaśnił Tygrys — a on wszedł mi w drogę.
-Musiał po coś wrócić. To dziwne. Myślałem, że wyniósł już wszystko, co było można. No ale
tym razem mu się nie udało.
-Na pewno ci przykro, że uderzyłeś go podłogą w głowę, prawda Tygrysku? To ładnie z
twojej strony.
-Przepraszam, tylko zadzwonię po policję.

Jak się rzeczy mogłyby mieć

Prosiaczek tymczasem obudził się. Gdy tylko otworzył oczy, powiedział sam do siebie: „Och!"
Potem rzekł odważnie: „Tak!", a potem jeszcze odważniej: „Właśnie tak!" Widocznie jednak
nie czuł w sobie wiele odwagi, bo po głowie chodził mu tylko jeden wyraz: „Hohonie". Jak też
wygląda Hohoń? Czy jest Dziki i Groźny?
Czy przychodzi, kiedy na niego gwizdnąć? I jak przychodzi?
Czy na ogól lubi Prosiaczki?
A jeśli lubi, to czy nie robi mu różnicy, jaki to jest rodzaj Prosiaczka?
Teraz przypuśćmy, że jest on groźny dla Prosiaczków, to czy jest mu obojętne, że jeden
Prosiaczek miał dziadka, który nazywał się WSTĘP BRONISŁAW?

W tym rozdziale przejdziemy od iluzji Kłapouchego i Tygrysa do iluzji Prosiaczka, i w ogóle do


różnych iluzji. Dla taoisty nieszczęście jest wynikiem poddawania się złudzeniom — takim jak
błędne mniemanie, że człowiek jest czymś odrębnym od świata przyrody. Problemy — czy to
ekonomiczne, czy ekologiczne — powstają wówczas, kiedy nie potrafimy dojrzeć, „co tam
jest". Ze złudzenia wynikają niemiłe odczucia: strach przed tym, „co może być” (a jeszcze nie
nadeszło), żal za tym, „co mogło było być” (choć niekoniecznie byłoby), i tak dalej.
Prosiaczki, żyjąc w strachu przed tym, „co będzie teraz”, „co się nie uda”, „co się stanie, gdy
zrobię coś głupiego", i różnymi takimi, nie potrafią radować się w pełni chwilą obecną.
Później spoglądają wstecz i uświadamiają sobie, że jej nie przeżyli. I ta świadomość sprawia,
że czują się jeszcze gorzej niż przedtem. A jednak, dzięki wrażliwości, dobrej pamięci,
przechowującej i odtwarzającej wcześniejsze doświadczenia, i ich ostrożnej filozofii małych
kroczków — Prosiaczki, w dużo większym stopniu niż typy Kłapouchych, Tygrysów, Królików
czy Sów, posiadają zdolność podjęcia wyzwania losu i osiągania trudnych celów, pod
warunkiem, że uda im się najpierw rozproszyć przeszkadzające w tym iluzje.

Rozpoczniemy przegląd iluzji od trzech przypowieści dotyczących postrzegania sytuacji,


które pokazują, jak wszystko zależy od sposobu patrzenia. Pierwsza z nich jest autorstwa
taoistycznego pisarza Lieh-tse:
Pewien człowiek zauważył, że zniknęła jego siekiera. A potem zobaczył przechodzącego obok
syna sąsiada. Chłopak wyglądał jak złodziej, szedł jak złodziej, zachowywał się jak złodziej.
Później, jeszcze tego samego dnia, ów człowiek znalazł siekierę tam, gdzie ją dzień wcześniej
odłożył. Następnym razem, kiedy zobaczył syna sąsiada, ten wyglądał, szedł i zachowywał
się jak zwyczajny, uczciwy chłopak.

Drugi przykład to chińska opowieść o studni przy drodze:


Pewien człowiek wykopał studnię przy drodze. Później przez wiele lat wdzięczni wędrowcy
opowiadali o Cudownej Studni. Ale pewnej nocy jakiś podróżny wpadł do niej i utonął.
Wówczas ludzie zaczęli mówić o Przeklętej Studni. Po jakimś czasie okazało się, że był to
pijany złodziej, który zboczył z drogi, aby ukryć się przed ścigającym go nocnym patrolem —
i wpadł do Studni Sprawiedliwości. Jedna studnia — różne punkty widzenia.

Trzeci fragment zaczerpnięty jest z pism Chuang-tse:


Kiedy łucznik uczestniczy w zawodach o gliniany garnek, strzela bez wysiłku, nic mu nie
przeszkadza w koncentracji. Jeżeli nagroda zostaje zamieniona na mosiężną ozdobę, ręce
zaczynają mu się trząść. Jeżeli będzie zamieniona na złoto, mruży wówczas oczy, jakby
oślepł. Jego umiejętności nie zmniejszają się, ale zmniejsza się jego wiara w nie, ponieważ
pozwala, by domniemana wartość zewnętrzna nagrody zaćmiła jasność jego widzenia.

Niestety, nawet mędrzec czasami się myli, błędnie interpretując to, co ma przed oczami. Na
przykład, w trzecim rozdziale Kubusia Puchatka, pewien Mądry ale Zanadto Wypchany Miś...
-Kto jest Zanadto Wypchany? — spytał Puchatek.
-Już dobrze, Puchatku. Nie jesteś Zanadto Wypchany. Jesteś tylko Nadmierny Fizycznie.
-Hm. Może to zbytnia przesada — odparł Puchatek skromnie.
W każdym razie, Kubuś Puchatek, którego prawie wszyscy nazywają w skrócie Puchatkiem,
chodził...
— Nikt nie nazywa mnie W Skrócie Puchatkiem — przerwał Puchatek. — Po prostu
Puchatkiem.
Tak. Dobrze... Kubuś Puchatek, którego prawie wszyscy nazywają Po Prostu Puchatkiem,
chodził cały czas w kółko w pobliżu domu Prosiaczka. Kiedy Prosiaczek zapytał, co robi,
odpowiedział, że tropi coś, ale nie wie co. Być może — po prostu tak mogło się zdarzyć,
wiadomo — że to była Łasica. A może i coś więcej.
—Coś bardzo zabawnego — powiedział Miś. — Teraz widać tu najwyraźniej podwójne ślady.
To znaczy, że chodziły tędy dwa zwierzaki. Do tego jednego — wszystko jedno, co to był za
jeden — przyłączył się drugi — wszystko jedno, co za jeden, i teraz oni obydwaj wędrują
razem. Czy miałbyś ochotę, Prosiaczku, pójść ze mną na wypadek, gdyby to miały się okazać
jakieś Nieprzyjacielskie Zwierzęta?
No i Prosiaczek, który powinien był się lepiej zastanowić, nie miał nic przeciwko. To znaczy,
poszedł z nim.
Niedaleko był mały zagajnik modrzewiowy i wyglądało tak, jakby dwie Łasiczki, jeśli to były
Łasiczki, przeszły dookoła tego zagajnika. Więc i Puchatek, i Prosiaczek podreptali za nimi
dookoła tego zagajnika, Prosiaczek przez ten czas opowiadał Puchatkowi o tym, jak to jego
dziadunio, Wstęp Bronisław, tropił zwierzynę i jak ten Dziadunio w ostatnich latach swego
życia cierpiał na zadyszkę, i jeszcze o rozmaitych ciekawych rzeczach, a Puchatek
zastanawiał się nad tym, jak też może wyglądać taki Dziadunio i czy to nie są czasem dwaj
Dziadunie, za którymi oni idą. A jeśli tak, to czy można jednego zabrać ze sobą i trzymać w
domu, i co Krzyś powiedziałby na to. A przed nimi na śniegu wciąż było widać ślady... Nagle
Kubuś Puchatek przystanął, wskazał przed siebie palcem i zawołał:
-Widzisz?
-Co? — spytał Prosiaczek i aż podskoczył ze strachu.Potem, chcąc pokazać, że to wcale nie
było ze strachu, podskoczył jeszcze raz czy dwa, udając, że to są takie ćwiczenia
gimnastyczne.
-Ślady! — szepnął Puchatek. — Trzecie zwierzę przyłączyło się do tamtych dwóch!
A więc — sprawy zaczynały wyglądać Troszkę Niebezpiecznie dla Puchatka i Prosiaczka. Ale
przynajmniej trzecie zwierzę to nie była Łasica. Jak zauważył Puchatek, jego ślady były inne
niż dwóch pierwszych. Były mniejsze.
I poszli dalej. Czuli się jednak trochę niepewnie, bo mogło okazać się, że tych troje zwierząt
miało wobec nich Wrogie Zamiary... A potem nagle Puchatek zatrzymał się i dla ochłonięcia
oblizał koniuszek swojego nosa, bo czuł się spocony i zaniepokojony bardziej niż kiedykolwiek
w życiu. Przed nimi były teraz ślady aż czworga zwierząt!
Napięcie stawało się nie do wytrzymania.
-Zdaje mi się — rzekł Prosiaczek, który też polizał koniuszek swego nosa i doszedł do
wniosku, że to do daje bardzo niewiele odwagi — zdaje się, że coś sobie przypomniałem. Coś
sobie właśnie przypomniałem, co zapomniałem zrobić wczoraj i czego nie będę mógł w żaden
sposób zrobić jutro. Więc zdaje się, że będę musiał wrócić i właśnie to załatwić.
-Więc załatwisz to sobie dziś po południu, a ja ci pomogę — powiedział Puchatek.
—Ale, widzisz, to nie jest sprawa, którą można załatwić po południu — odparł skwapliwie
Prosiaczek. — To jest taka specjalna, przedpołudniowa sprawa, którą można załatwić tylko
przed południem i, jeśli to możliwe, między godziną... hm... która jest teraz godzina?
-Dochodzi dwunasta — odpowiedział Puchatek patrząc na słońce.
-No właśnie, jak mówiłem, między dwunastą a pięć minut po dwunastej. Więc żałuję mocno,
mój poczciwy Puchatku, ale będę musiał cię pożegnać. A co to jest?
To był Krzyś, który gwizdał do nich przez gałęzie pobliskiego drzewa. Co za ulga.
— Oj, ty głupi Misiu — powiedział — co ci do głowy strzeliło? Najpierw obszedłeś cały zagajnik
sam dwa razy, a potem Prosiaczek pobiegł za tobą i obeszliście go jeszcze raz naokoło. A w
końcu zaczęliście obchodzić go jeszcze czwarty raz...
-Ach! Więc to było tak. Co za wstyd.

Mówiąc o śniegu, możemy też przypomnieć sobie, jak Puchatek i Prosiaczek byli na spacerze
i postanowili wybudować chatkę dla Kłapouchego w jakimś osłoniętym od wiatru miejscu
sosnowego lasku, nie opodal jego Ponurej Gęstwiny. Oczywiście potrzebne im było coś, z
czego można by taką chatkę zbudować. Patyki świetnie by się nadawały.
—Strasznie dużo patyków jest z tamtej strony lasku — powiedział Prosiaczek. — Widziałem
je. Bardzo, bardzo dużo. Wszystkie złożone razem.
A więc wzięli ten stos patyków i zbudowali chatkę dla Kłapouchego. No i potem, kiedy
Kłapouchy nie mógł znaleźć swego stosu... to znaczy nie mógł znaleźć swej chatki, poszli z
Krzysiem jej szukać i spotkali Puchatka i Prosiaczka, i wtedy...
-Gdzie była, powiadasz? — spytał Puchatek.
-O tu, na tym miejscu — odpowiedział Kłapouchy.
-Zrobiona z patyczków?
-Tak.
-Ach! — westchnął Prosiaczek.
-Co? — spytał Kłapouchy.
-Nic. Powiedziałem tylko „ach" — rzekł Prosiaczek niespokojnie. I żeby się wydawać zupełnie
spokojnym i zrównoważonym, zanucił raz czy dwa razy „bim-bom” trochę znudzonym
głosem.
-Czy jesteś pewien, że to była prawdziwa chatka? — spytał Puchatek. — To znaczy, czy jesteś
pewien, że twoja chatka stała właśnie tutaj?
-Naturalnie, że tak — rzekł Kłapouchy i mruknął do siebie: — Bez śladu mózgu są niektórzy z
nich.
-A co takiego? O co chodzi, Puchatku? — spytał Krzyś.
-Więc, tego... — powiedział Puchatek. — Otóż — powiedział Puchatek. — Otóż więc... —
powiedział Puchatek. — Widzisz... — powiedział Puchatek. — Otóż więc widzisz... —
powiedział Puchatek i coś zdawało mu się mówić, że nie tłumaczy się dość jasno, więc znów
trącił łokciem Prosiaczka.
-Jest zupełnie taki sam — powiedział prędziutko Prosiaczek. — Tylko trochę cieplejszy —
dodał po głębszym namyśle.
-Kto jest cieplejszy?
-Dom Kłapouchego, z tamtej strony Lasu.
Więc poszli tam i Kłapouchy znalazł swoją chatkę, i...
I zostawili go w tym. domu. A Krzyś wrócił na obiad ze swymi przyjaciółmi, Puchatkiem i
Prosiaczkiem, którzy opowiedzieli mu po drodze o Okropnej Pomyłce, jaką popełnili. I gdy
Krzyś przestał się śmiać, wszyscy trzej zaśpiewali Mruczankę z Nadworu specjalnie ułożoną
na Śnieżną Pogodę i śpiewali ją przez całą resztę drogi aż do domu...
Co za wstyd.

-Wróciliśmy — powiedział Puchatek.


-Ach tak? Byłem tak zajęty pisaniem, że nie zauważyłem, ja wychodziliście.
-Prosiaczek i ja przypominaliśmy sobie różne Zagadki — powiedział Puchatek. — Prosiaczek
ma jedną dla ciebie.
-Bardzo dobrze, Prosiaczku. Cóż to za Zagadka?
-To jest tak — rzekł Prosiaczek. — Co szczeka i ma pióra?
-Szczeka i ma pióra? No... nie, nie wiem.
-Pierzasty pies.
-Hmmm.
-Czy coś nie tak? — zapytał Prosiaczek.
-W porządku, Prosiaczku. A ja mam jedną dla ciebie. Jaka jest różnica między biblioteczką a
kangurem?
-Nie wiem — odparł Prosiaczek.
-Nie wiesz? Ty nie wiesz, jaka jest różnica między biblioteczką a kangurem?
-Nie — potwierdził Prosiaczek.
-W takim razie nie pozwolę ci już więcej grzebać w moich książkach.
-Cisza.
—Nie rozumiem — powiedział Puchatek.

Poza powszechną ludzką tendencją do przeinaczania Tego Co Tam Jest — jak to właśnie
zaprezentowali czasami zbyt ludzki Puchatek i Prosiaczek na śniegu — trzeba wspomnieć o
skłonności wielu osób do widzenia tylko tego, co niezwykle. Zilustruje to chińska opowieść o
wole i szczurze:
Wiele lat temu Budda zawezwał przed swe oblicze dwanaście zwierząt i powiedział, że
nazwie ich imionami poszczególne lata chińskiego zodiaku. Zwierzęta były bardzo
zadowolone, ale wkrótce wynikł problem kolejności i zaczęty się kłopoty.
-Ja powinienem być pierwszy — mówił szczur — ze względu na moją inteligencję.
-Nie, to ja powinienem być pierwszy, ze względu na moją wielkość — twierdził wół.
Kłócili się przez jakiś czas o to, co jest ważniejsze — inteligencja czy wielkość. Wreszcie
szczur zrezygnował.
-W porządku — powiedział w końcu. — Przyznaję, że wielkość jest ważniejsza.
-Dobrze — ucieszył się wół. — No to sprawa załatwiona.
-Nie tak szybko — odrzekł szczur. — Moja wielkość robi większe wrażenie.
-Co takiego? — żachnął się oburzony wół. —W jaki sposób wielkość zwykłego szczura
może zrobić wrażenie na kimkolwiek?
-No to chodźmy do ludzi i niech większość rozsądzi — zaproponował szczur.
-To doprawdy śmieszne! — wykrzyknął wół. — Dlaczego mamy tracić czas na takie
głupstwa? Każdy przecież widzi, że...
—Zaraz, zaraz — powiedział Budda. — Nie kłóćcie się już o to. Oczywiście, że szczur jest
mniejszy od ciebie. Ale dlaczego nie mielibyśmy pozwolić ludziom zdecydować? -Który z was
zrobi na nich większe wrażenie swoją wielkością, ten wygra.
I wół, pewien zwycięstwa, zgodził się.
—Panie Buddo — rzekł szczur. — Jeżeli wół się na to zgodzi, to chciałbym prosić cię o pewną
łaskę, zanim staniemy przed ludźmi. Jeżeli jestem naprawdę tak mały, jak twierdzi wół, to
chciałbym zmniejszyć mój nieunikniony wstyd z porażki. Proszę cię zatem, abyś na ten czas
podwoił moje rozmiary.
Budda zapytał wołu, czy ten ma coś przeciw.
—Oczywiście, że nie —- odparł wół. — Przecież to i tak niczego nie zmieni. Nadal będę sto
razy większy od niego!
Wół i szczur — ten drugi dwa razy większy niż zwykle — poszli do ludzi. I wszędzie, gdzie szli,
ludzie wykrzykiwali ze zdziwieniem:
-Popatrzcie na wielkość tego szczura!
-Zobaczcie, jaki olbrzymi szczur!
A nikt nie zwracał uwagi na wołu. Nie było w nim nic niezwykłego.
W ten sposób szczur zrobił na ludziach wrażenie swą wielkością i został pierwszym
zwierzęciem chińskiego zodiaku.

-A tak przy okazji, Prosiaczku. Zastanawiałem się nad tym napisem przy twoim domu...
-Chodzi ci o WSTĘP BRON?
-Tak. Mówiłeś, że tak się nazywał twój dziadek?
-Tak. Wstęp Bronisław.
-No to musiał być bardzo wielką świnią, żeby umieścić napis tak wysoko.
-Eee... Taaak... On nie zawiesił go sam. Zrobił to jego znajomy.
—Znajomy?
-Tak, inne zwierzę. Z gatunku wysokich.
-Takich jak żyrafa?
-Tak, tak — to właśnie była żyrafa.
-Dosyć zabawna znajomość — świnia i żyrafa. Nie wiedziałem, że są tu w okolicy żyrafy.
-Nie ma — odparł Prosiaczek. — Zazwyczaj nie ma. Ale ta żyrafa przyjechała w ramach
Programu Wymiany.
-Tak? A co myśmy wysłali na wymianę?
-Eee... Skrzynię łasic.
-Nie wygląda mi to na uczciwą wymianę.
-No ale to była bardzo duża skrzynia.

No tak... Mówiąc o iluzjach, wróciliśmy do tematu. Musimy jeszcze powiedzieć o paru


rzeczach.
Chociaż iluzje można spotkać wszędzie na świecie, to jednak wydaje się, że na
przemysłowym Zachodzie jest ich znacznie więcej. A iluzje Zachodu — obecnie oczywiście
eksportowane również na Wschód — są szczególnie niebezpieczne. Na ironię zakrawa fakt,
że „rozsądne”, „naukowe” społeczeństwo Zachodu wyśmiewa się z zasadniczo niewinnych
mitów i wierzeń narodów świata — z których przynajmniej część ma swe źródła w faktach —
jednocześnie utrzymując irracjonalne przekonania i praktyki tak niebezpieczne, że niszczą
naszą ziemię. A chyba najbardziej niszczycielską ze wszystkich iluzji Zachodu jest absurdalne
mniemanie, że technika rozwiąże wszystkie nasze problemy.
Ów kult techniki pojawił się w Europie Zachodniej mniej więcej w XVI wieku, wraz z wielkimi
odkryciami i ekspansją, które doprowadziły do rozwoju handlu, co z kolei spowodowało
rewolucję przemysłową w XVIII wieku. Szybkie upowszechnienie nienasyconych maszyn i
towarzysząca mu rabunkowa eksploatacja bogactw naturalnych, którymi trzeba je karmić,
szybko przekształciły wiejskie, rolnicze społeczeństwo („Dzień dobry, panie Pawlak! Cóż za
piękna krowa!”) w społeczeństwo miejskie i fabryczne („Mam nadzieję — e-ha — uuu — że na
dzisiaj — e-ha — wystarczy nam węgla"), a potem w społeczeństwo wielkomiejskie i
wielkoprzemysłowe („Tak, panie inspektorze. Ukradli wszystko, co nie było przymocowane do
podłogi!”). W epoce wiktoriańskiej ten fanatyzm przemysłowy nabrał jeszcze większego
rozpędu dzięki twórcom imperium i opinii, że nauka może wszystko, a wszelkie odmienne
przekonania to herezje.
Już znacznie wcześniej wyeksportowano z Europy do Nowego Świata przekonanie, że ziemię
należy złupić. Wraz z nim szło absurdalne i bezpodstawne przeświadczenie, jakoby szczęście
można było kupić za pieniądze. Byłoby dziwne, gdyby takie poglądy ominęły nasz kontynent,
biorąc pod uwagę, że większość wczesnych imigrantów to skazani za długi z brytyjskich
więzień, traperzy handlujący futrami, przyszli magnaci bawełny i tytoniu oraz purytanie. Tego
rodzaju ludzie wiedzieli wystarczająco wiele o świecie przyrody, aby go wyzyskiwać, ale
niewiele więcej — jeżeli w ogóle tyle wiedzieli. Szczególnie purytanie nie wiedzieli prawie nic
o tym, jak przetrwać w lasach, górach i łąkach Ameryki Północnej, ani o tym, jak współżyć z
ludźmi, którzy mogli ich tego nauczyć. Stare powiedzenie mówi: „Najpierw rzucili się na
kolana, a potem na Indian”. A potem na krajobraz. Luther Stojący Niedźwiedź, wódz Siuksów
Oglala, tak opisał tę sytuację:

"Nie myśleliśmy o wielkich przestrzeniach prerii, pięknych wzniesieniach gór, wijących się
strumieniach z poplątaną roślinnością, jako o „dziczy”. Tylko dla białego człowieka przyroda
była „dzika” i tylko dla niego na tej ziemi żyły „dzikie” zwierzęta i „dzicy” ludzie. Dla nas
wszystko to było oswojone. Ziemia była płodna, a nas otaczało błogosławieństwo Wielkiej
Tajemnicy. Dopiero kiedy przyszedł włochaty człowiek ze wschodu i z brutalną furią narzucił
niesprawiedliwość nam i naszym kochanym rodzinom, wtedy ta ziemia stała się dla nas
„dzika”. A kiedy leśne zwierzęta zaczęły uciekać, słysząc jego kroki, zaczął się dla nas „Dziki
Zachód”."

Dzisiaj, dzięki takim, raczej wykoślawionym podstawom naszej kultury, żyjemy w tym, co się
popularnie nazywa społeczeństwem materialistycznym. Ale określenie to jest błędne. W
rzeczywistości mamy społeczeństwo abstrakcyjnych wartości — w którym niczego i nikogo
nie ceni się za to, czym jest, ale za to tylko, co reprezentuje. Gdyby zachodnie społeczeństwo
przemysłowe ceniło świat materialny, to nie byłoby wielkich śmietnisk, wykarczowanych
lasów, tandetnie zaprojektowanych i wykonanych produktów, zatrutych ujęć wody, opasłych,
ziejących spalinami samochodów i tych wszystkich innych okropności i straszydeł, które
prześladują nas na każdym kroku. Gdyby nasze społeczeństwo naprawdę było
materialistyczne, to kochalibyśmy świat fizyczny — i znalibyśmy nasze w nim ograniczenia.
Prawda jest taka, że zachodnie społeczeństwo przemysłowe nawet nie dostrzega świata
materialnego. Dawno już go wyrzuciło, by rdzewiał na deszczu. Świat materialny jest tu i
teraz, a społeczeństwo przemysłowe nie docenia i nie zwraca uwagi na „tu i teraz". Jest zbyt
zajęte pędzeniem za „tam i później". W rezultacie często nie potrafi zobaczyć tego, co jest
tuż przed nim. Zapomniało, skąd przyszło; nie wie, dokąd zmierza.

- Wyruszamy na Przyprawę? — spytał Puchatek z przejęciem. — Nigdy jeszcze nie byłem na


żadnej Przyprawie. Dokąd będzie nasza Przyprawa?
-Wyprawa, głupi Misiu! To się zaczyna na W.
-Wiem, wiem — rzekł Puchatek.

Ale, prawdę mówiąc, nie wiedział.

- Wyruszamy na odkrycie Bieguna Północnego.


-O — powiedział Puchatek. — A co to jest Biegun Północny?
-To jest coś, co się odkrywa — rzekł Krzyś wymijająco, bo sam nie był pewien, co to znaczy.

Może bliższe spojrzenie na uwarunkowania historyczne pomoże wyjaśnić, dlaczego


zachodnie społeczeństwo przemysłowe ma takie kłopoty z zobaczeniem Co Tam Jest. W
naszej części świata widać je najlepiej — i w najbardziej przygnębiający sposób — kiedy
mamy wybory. Od prawie trzydziestu lat ten naród, który kiedyś był Światłem Wolnego
Świata, wybiera na najwyższy urząd w państwie Koszmarnych Pajaców, wiodących nas coraz
głębiej w ciemność przez popieranie korupcji i zachłanności na masową skalę,
doprowadzenie do wielomiliardowych długów, które przyszłe pokolenia będą musiały spłacać,
spowodowanie zapaści całej gospodarki, odmawianie podjęcia jakichkolwiek kroków
niezbędnych do ratowania tego, co jeszcze zostało z przyrody („Potrzeba więcej badań"), i
grożenie wysadzeniem w powietrze całej planety tylko dlatego, że jakiś kraj gdzieś tam nie
robi tego, co oni uważają, że powinien robić, albo nie robi tego wystarczająco szybko — i cały
czas robią inteligentne uwagi na takim poziomie, jak „Jeżeli widziałeś jedną sekwoję, to tak,
jakbyś widział wszystkie”.
A tak a propos drzew — dlaczego mówiąc coraz więcej o ochronie środowiska, większość
obywateli głosuje coraz częściej przeciwko niej? W jednym z niedawnych referendów w moim
stanie (kiedyś zamieszkanym prawie wyłącznie przez ekologów) większość głosowała przeciw
zamknięciu najbardziej niebezpiecznej w kraju elektrowni atomowej, pomimo ciągłego
łamania przez jej kierownictwo najbardziej podstawowych przepisów bezpieczeństwa;
odrzuciła projekt ograniczenia wysypisk śmieci; odrzuciła uczciwego, proekologicznego
kandydata, aby ponownie wybrać polityka, który przez wiele lat aktywnie sprzeciwiał się
zachowaniu tego, co zostało z naszych lasów, który popiera politykę przemysłu drzewnego,
wycinającego lasy państwowe i wysyłającego ten cenny surowiec za granicę (tym samym
powodując zamykanie miejscowych tartaków), i który co roku dodawał do praw stanowych
klauzule zakazujące zaskarżania takiej polityki na drodze sądowej. Tyle robi dla planety
Ziemi.
Świat przyrody jest w porządku — zdają się mówić głosujący w całym naszym kraju —
dopóki jego ochrona nie zaczyna przeszkadzać w zarobieniu pieniędzy na niszczeniu go.
Niech „ktoś inny" płaci za ochronę przyrody. Jednak, biorąc pod uwagę, że mniej niż jeden
procent sumy przeznaczanej w Ameryce na cele charytatywne idzie na ochronę przyrody,
wydaje się, iż ów „ktoś inny” to jeszcze jedna fantazja.

- Idziemy wszyscy na Przyprawę z Krzysiem.


-A co to jest, na czym będziemy?
-Myślę, że rodzaj statku — rzekł Puchatek.
-Aha! Rodzaj statku!
— Tak. I odkryjemy Biegun czy coś takiego. Nie wiem dobrze, co to jest, ale mamy to odkryć.
Na nieszczęście dla naszych szans na przetrwanie i osiągnięcie szczęścia, na Zachodzie
odziedziczyliśmy religię w wersji Kłapouchego, która odrzuca świat jako miejsce złe i zaleca,
by mądrzy ludzie ignorowali jego prawa. Odziedziczyliśmy też naukę w wersji Kłapouchego,
która szydzi ze wszystkiego poza mechanistycznym obrazem ziemi i chce jej wydrzeć
wszystkie tajemnice — jedna po drugiej — aby manipulować prawami przyrody. Czy któraś z
tych dróg może wydobyć nas z bagna, w jakie wpadliśmy? Albo przynajmniej pomóc dostrzec
przyczyny, z powodu których tam się dostaliśmy?
Religia Kłapouchego mówi, że ziemi nie warto chronić, a kiedy nadejdzie koniec, to i tak
wszyscy wierni zostaną natychmiast przewiezieni do nieba. Nie ma sprawy. Bardzo byśmy
byli ciekawi usłyszeć, co powiedzą świętemu Piotrowi u wrót Nieba, kiedy ten zapyta, jak
opiekowali się światem, który Bóg im powierzył. Może się to marnie dla nich skończyć.
Z drugiej strony, nauka Kłapouchego twierdzi, że technika uratuje nas przed zagładą —
łącznie z tą zagładą, której przyczyną jest technika. Kiedy tak twierdzi, zaczynamy się
zastanawiać, czy ona też czasem nie jest jakimś rodzajem religii. No, może niezupełnie religii
— raczej szamaństwa.
—Wunga wunga, mumba mumba — Wielki Blaszany Boże, wybaw nas od
heksachlorobenzenu, dwubromku etylenu, toksafenu, chlorodenu, paratenu i wszystkich
rzeczy, które nam dałeś, a które jakoś się nam popsuły.
No to wszyscy razem — wunga wunga — i powodzenia!

-Prosiaczku — powiedział z ożywieniem Puchatek — idziemy na Przyprawę, wszyscy, ilu


nas jest, z rozmaitymi rzeczami do jedzenia. Żeby coś odkryć.
- A co odkryć? — zaniepokoił się Prosiaczek.
- Ach, cokolwiek,
-Może coś dzikiego?
— Krzyś nie mówił nic o dzikości. Powiedział tylko, że to się zaczyna na W.
- Mam nadzieję, że to nie ich wściekłość — powiedział Prosiaczek z powagą.
-To ich zęby…

Odziedziczone przez nas iluzje strachu powodują, iż wierzymy w konieczność obrony przed
światem przyrody, w lepsze życie dzięki ciężkiemu przemysłowi i tak dalej. W rzeczywistości,
jak każdy powinien już to dostrzegać, świat przyrody potrzebuje ochrony przed nami. Musimy
zacząć uznawać, szanować i rozumieć jego mądrość, a nie tylko spoglądać nań przez
zniekształcające szkiełko naszych wyobrażeń o nim. Jak ostrzegał nas Sir Arthur Conan Doyle
ustami Sherlocka Holmesa: „Trzeba mieć umysł tak wielki jak cała Natura, aby móc tę Naturę
wyjaśniać”, a w innym miejscu: „Kiedy ktoś chce wznieść się nad Naturę, to z pewnością
stoczy się pod nią”. Słowa Chuang-tse na ten temat również są bardzo na czasie:

Kiedy przywódcy gonią za wiedzą, ale nie znają Drogi, wszyscy idący za nimi cierpią z tego
powodu. Dlaczego tak twierdzę?
Wielka wiedza jest potrzebna do robieniu łuków, kusz, strzał i proc, ale krzywdzą one ptaki w
powietrzu. Wielka jest wiedza potrzebna do robienia haczyków, sieci i podobnych rzeczy, ale
krzywdzą one ryby w wodzie. Wielka jest wiedza potrzebna do wymyślania i
przygotowywania pułapek, wnyków i sideł, ale krzywdzą one stworzenia na ziemi. W miarę
jak wiedza zwiększa się, pogłębia i rozwija, coraz bardziej drażni i krzywdzi ludzi. Wtedy
zaczynają czynić wysiłki, aby zrozumieć to, czego nie wiedzą, ale nie starają się wcale
zrozumieć tego, co już wiedzą. Wskazują na brak zrozumienia ze strony innych, ale nie
dostrzegają własnego. Powoduje to jeszcze większe zamieszanie.
Gdyby słońce i księżyc postradały swe światło, góry i rzeki straciły swą żywotność, a cztery
pory roku przestały następować po sobie — żaden owad czy roślina nie zachowałyby swej
prawdziwej natury. A jednak tak właśnie się dzieje z człowiekiem przez jego obsesję na
punkcie wiedzy. Nie dostrzega uczciwości i prostoty, a podziwia niepokój. Zapomina się o
spokojnym, bez wysiłkowym działaniu, a słychać głośne kłótnie. Taka jest właśnie natura
głodu wiedzy. Jej hałas kieruje świat w stronę chaosu.
Można jeszcze dodać do tego inne słowa Chuang-tse:
"Ludzie oddają cześć temu, co leży w obszarze ich wiedzy, a nie uświadamiają sobie, w jakim
stopniu uzależnieni są od tego, co leży poza nim."
Aby zilustrować głęboką prawdę zawartą w powyższym twierdzeniu, omówimy krótko dzieje
tego, co na własny użytek nazywamy „promieniowaniem dla każdego”.

W latach trzydziestych, kiedy ludzie umierali od środków wzmacniających zakrapianych


radem, rząd Stanów Zjednoczonych po raz pierwszy ustanowił górną granicę dopuszczalnej
dawki promieniowania. No wiecie, tak na wszelki wypadek.
W latach czterdziestych, po zbadaniu ofiar Hiroszimy, dawka ta została zmniejszona o
połowę. Tak dla pewności, rozumiecie.
W latach pięćdziesiątych, kiedy zanieczyszczenia spowodowane próbnymi wybuchami
jądrowymi zaczęły mieć zły wpływ na niektórych mieszkających w pobliżu ludzi, znów
znacznie zmniejszono maksymalną dopuszczalną dawkę, Po prostu dla bezpieczeństwa.
Ale jednocześnie reklamy wielkich firm energetycznych zaczęły wychwalać uroki
najnowszego typu generatorów prądu — „czystych, bezpiecznych" elektrowni atomowych.
Zapraszano klientów: „Przyjedź z rodziną do parku przy elektrowni atomowej". Aparaty
rentgenowskie używane były w sklepach z butami do sprawdzania kształtu stóp dzieci. Innym
naświetlano niby powiększoną, ale właściwie normalną, grasicę. I tak jak wiele osób
napromieniowanych przed nimi, znaczna liczba tych ludzi zachorowała na raka i zmarła.
W latach sześćdziesiątych coraz więcej osób dochodziło do przekonania, że nie mówi się im
całej prawdy. I wtedy...
W latach siedemdziesiątych badacze donieśli, że Amerykanie są dziewięciokrotnie bardziej
napromieniowywani aparaturą medyczną niż promieniotwórczym zanieczyszczeniem
atmosfery, które wcześniej — w wyniku badań pewnych mieszkańców Nevady i personelu
wojskowego — wiązano z wszelkimi zagrożeniami. W 1979 roku nastąpiła awaria elektrowni
atomowej na Three Mile Island i cała okolica została napromieniowana.
W latach osiemdziesiątych nowe dane na temat ofiar Hiroszimy i ich potomstwa pokazały, że
ryzyko zachorowania na raka w wyniku napromieniowania jest piętnaście razy większe niż
wszystkie autorytety dotychczas uważały. Emisje z elektrowni atomowych zostały powiązane
z chorobami tarczycy, poronieniami i innymi problemami zdrowotnymi. A przed końcem
dekady elektrownia atomowa w Czernobylu, tak jak wcześniej ta na Three Mile Island, zrobiła
to, czego według ekspertów nie powinna była zrobić przez tysiąc lat. Do prasy zaczęły
przeciekać wiadomości o sytuacjach bliskich katastrofy w innych elektrowniach... Tak więc
poziom „bezpiecznej dawki" ponownie obniżono. Żeby nie ryzykować.
Za każdym razem największe autorytety zapewniały społeczeństwo, że nowe urządzenia i
nowe dawki są absolutnie bezpieczne. I za każdym razem się myliły.
Obecnie społeczeństwo jest mamione komputerami, których lampy katodowe emitują
promienie Roentgena, a obwody elektroniczne i monitory wytwarzają silne pola
elektromagnetyczne. Są absolutnie bezpieczne, jak nas zapewniają eksperci. A jeżeli pojawią
się jakieś problemy, to na pewno dowiemy się o tym później.
Najnowszym urządzeniem „promieniowania dla każdego" jest kuchenka mikrofalowa, która
bombarduje żywność promieniowaniem elektromagnetycznym wysokiej częstotliwości,
pobudzając jej cząsteczki, dopóki się nie podgrzeją. Ten rodzaj perwersji w stosunku do
przyrody jest absolutnie bezpieczny, jak twierdzą autorytety — gdyby było inaczej, to te
wspaniałe maszynki nie znalazłyby się na rynku. Może tym razem autorytety mają rację,
może ten jeden raz. Ale może akurat racji nie mają.

Gdy Krzyś skończył śniadanie, szepnął coś do ucha Królikowi, a Królik powiedział:
—Tak, tak, oczywiście.
I poszli razem w górę strumienia.
-Nie chciałem, żeby inni słyszeli — powiedział Krzyś.
-Ma się rozumieć — odparł Królik z ważną miną.
-Tylko widzisz, Króliku... jestem bardzo ciekaw... czy ty nie wiesz czasem, jak wygląda Biegun
Północny.
-Jak to? —- powiedział Królik strosząc wąsiki. — Dopiero teraz o to pytasz?
-Kiedyś wiedziałem — tłumaczył się Krzyś — tylko trochę o tym zapomniałem...
-To zabawne — rzekł Królik — ale ja też trochę o tym zapomniałem, chociaż kiedyś o tym
wiedziałem.
-Przypuszczam, że to po prostu kawałek drewna wetknięty w ziemię?
-Z pewnością jest drewniany — powiedział Królik — jeżeli nazywa się go biegunem, a jeżeli to
biegun, no to tak jest. I sądzę, że powinien być wetknięty w ziemię, no bo gdzie miałby być
wetknięty?
-Tak też myślałem.
-Najważniejsza rzecz — dodał Królik — to wiedzieć, gdzie jest wetknięty.
-O to nam właśnie chodzi.

-Powiedz no, Prosiaczku, kto tam zagląda przez okno?


-To Hohoń! — wrzasnął Prosiaczek, skacząc w górę ze strachu.
-Ach, to śmieciarz zabiera odpadki. Chyba nie myślałeś, że to naprawdę Hohoń?
-Nie (tik, tik). Naprawdę (tik) nie.
-Prosiaczku, a co by było, gdyby to naprawdę był Hohoń? Co mógłby ci zrobić?
-Nie wiem — kwiknął Prosiaczek. — Ale mógłby coś wymyślić.
-Przecież ty nawet nie wiesz, co to jest Hohoń?
-No... niezupełnie.
-Nie wiesz nawet, czy Hohonie istnieją.
-A istnieją?
-Na pewno nie w tej części świata — nie czyhają na ciebie za oknem.
-Jesteś pewien?
-Absolutnie. Tak samo nie ma tu Hohoni, jak i żyraf zawieszających napisy przy twoim domu.
-Aha — rzekł Prosiaczek. — Rozumiem.

O czym mówiliśmy? Aha — o niebezpiecznych iluzjach. W Magicznym dziecku, napisanym w


zaskakująco taoistycznym duchu, Joseph Chilton Pearce tak przedstawił trudne położenie
naszego społeczeństwa:

"W jaki sposób, według naszych przekonań, możemy przewidywać i kontrolować działanie sił
przyrody we wszechświecie? Za pomocą wyrafinowanych manipulacji intelektualnych i
odpowiednich narzędzi. Akceptujemy to założenie tak bezkrytycznie, ponieważ zostaliśmy
uwarunkowani, by wierzyć bez cienia wątpliwości, że tylko wykorzystując w taki właśnie
sposób naszą inteligencję, będziemy mogli uchronić się przed przyrodą. Wzajemna zależność
umysłu-mózgu i źródła jego informacji [ziemi] była rygorystycznie (można nawet powiedzieć,
że religijnie) odrzucana przez Zachodnią logikę, jeśli nie przez każdą cywilizowaną logikę. .
Zależność od żyjącej ziemi oznaczałaby, że ziemia reaguje, współdziałając z nami. A
kardynalną regułą wszystkich klasycznych szkół myśli Zachodu... jest brak jakiejkolwiek
zależności umysłu od świata zewnętrznego poza czerpaniem informacji o tym świecie za
pomocą zmysłów i inteligentnym reagowaniem na te informacje. To przekonanie
automatycznie pozbawiło nas własnej mocy. Nie mając własnej mocy, z której moglibyśmy
korzystać, ograniczyliśmy nasze możliwości do jednego tylko źródła: narzędzi. I tak
rozwinęliśmy cały obszar wiedzy dotyczącej zastosowania, wytwarzania, ulepszania i
naprawiania narzędzi. Naszym prawdziwym kryterium wartości staje się kulturowa wiedza
oferująca lub obiecująca stworzenie nowych narzędzi oraz możliwość zapanowania nad
przyrodą i w ten sposób pewne poczucie bezpieczeństwa. Możliwości rozumiane są jako
rozwój narzędzi [podkreślenie moje — B. H.]. Kształcenie i wychowywanie dzieci jest tak
ustawione, aby prowadziło do projektowania lepszych narzędzi, ich produkowania,
przetwarzania i stosowania. Nasz zasób wiedzy i rozwój narzędzi nigdy nie dawały, nie dają i
z pewnością nigdy nie będą dawać poczucia fizycznego bezpieczeństwa czy zadowolenia. Im
potężniej i wspanialej rozwija się nasza produkcja narzędzi, tym większe stają się nasze
niepokoje, złowrogość, strach, urazy i agresywność. Bezpośrednia zależność między naszymi
lękami a produkcją narzędzi jest jednak prawie niemożliwa do uchwycenia, ponieważ nasza
inteligencja sama jest rezultatem uwarunkowania przez obszar wiedzy i w jego ramach.
Nasza inteligencja została wyuczona, by wierzyć, że wszelkie negatywne strony
rzeczywistości będącej wynikiem naszych działań — takie jak udręki osobiste, niedola i strach
— po prostu wskazują na potrzebę udoskonalenia obszaru wiedzy i (lub) udoskonalenia
produkcji, dystrybucji i zastosowania narzędzi. Nawet jeśli wiedza oddziela nas od życia i jest
przyczyną lęków i nieszczęścia, warunkuje nas jednocześnie tak, iż wierzymy, że ucieczka od
naszej niedoli wiedzie przez doskonalenie wiedzy."

Innymi słowy — problemy współczesnego człowieka, jego niebezpieczne poglądy, poczucie


samotności, pustki duchowej i własnej niemocy są wynikiem iluzji na temat świata przyrody i
oderwania się od niego. No cóż, taoiści już dawno nam mówili, że będziemy mieli taki
bałagan. I mówili też, co moglibyśmy z tym zrobić. Czas zatem, by zobaczyć, co to takiego.

Jak się rzeczy mają

W ubiegłym roku, 10 września, poszedłem wzdłuż Via Salaria i wkroczyłem do Republiki


Utopii, spokojnego kraju położonego osiemdziesiąt lat na wschód od Fara Sabina.
Zauważając pogodny nastrój mieszkańców, zapytałem o przyczynę ich zadowolenia i
dowiedziałem się, że wynika ono z ich praw i nauk, jakie otrzymują od najmłodszych lat...
Aby nauczyć małe dzieci umiejętności obserwowania szczegółów, stosują rodzaj zabawy, w
której pewną liczbę małych przedmiotów, na przykład trzy ziarnka jęczmienia, małą monetę,
niebieski guzik... chowa się w dłoni. Po otwarciu na moment dłoni i ponownym jej
zamknięciu, pyta się dzieci, co widziały. Dla starszych dzieci zabawa ta staje się stopniowo
coraz trudniejsza, aż w końcu wszyscy wiedzą, jak robi się ich kapelusze i buty. Powiedziano
mi też, że dzięki nauce definiowania słów ludzie ci potrafili stworzyć terminologię
gospodarczą, w związku z czym wszelkie niegodziwości giełdy i świata finansów zniknęły
całkowicie z ich kraju, ponieważ nikt już nie daje się oszukiwać.

Te tak bardzo taoistyczne słowa pochodzą ze Złota i pracy Ezry Pounda, lecz opisywana w
nich zasada — doceniania rzeczywistości —- jest o wiele starsza. Zanim przytoczymy
dotyczące tego fragmenty oficjalnych dzieł taoistycznych, chcielibyśmy jeszcze zacytować
naszego ulubionego nieoficjalnego autora taoistycznego — Henry'ego Davida Thoreau:

Pozory i zmyślenia uważa się za najświętsze prawdy, podczas gdy rzeczywistość jest tylko
bajką. Gdyby tylko ludzie dokładnie obserwowali rzeczywistość i nie dawali się zwieść, życie,
aby porównać je do znanych nam rzeczy, byłoby niczym bajka albo opowieści tysiąca i jednej
nocy... Zamykając oczy i marząc, pozwalając na oszukiwanie się przez pozory, ludzie na
całym świecie trzymają się życiowej rutyny i przyzwyczajeń, które budowane są na czysto
iluzorycznych podstawach. Dzieci bawiące się w życie rozpoznają jego prawdziwe prawa i
zależności znacznie lepiej niż dorośli, którzy nie potrafią go godnie przeżyć, a jednak sądzą,
że są mądrzejsi przez swe doświadczenia, czyli raczej niepowodzenia... Ludzie uważają
prawdę za coś odległego, na skrajach systemu, za najdalszą gwiazdą, przed Adamem i po
ostatnim człowieku. W wieczności rzeczywiście jest coś prawdziwego i cudownego. Ale
wszystkie te czasy, miejsca i okazje znajdują się tu i teraz. Sam Bóg ma swą kulminację w
chwili obecnej i nigdy nie będzie bardziej boski. A my możemy poznawać wszystko, co jest
cudowne i szlachetne, jedynie przez nieustanne sączenie i pojenie się rzeczywistością, która
nas otacza.
Spośród „stu szkół" chińskiej filozofii, jedynie dwie — konfucjanizm i taoizm — przetrwały.
Trwały przez kilka tysięcy lat, ponieważ okazały się najbardziej pożyteczne. Chińczycy to
bardzo praktyczny naród — nie mają uznania dla rzeczy, które wyglądają dobrze, ale nie
działają. Na całym Wschodzie — a w Chinach szczególnie — uważano zawsze, że filozofia jest
tylko na tyle wartościowa, na ile można ją zastosować w codziennym życiu.

Zachodnia filozofia, nie mająca związku z życiem codziennym, jest (przynajmniej dla mnie)
raczej egocentryczna i niepraktyczna, z dużym ładunkiem dyskutowania i teoretyzowania, a
także brykania po całym terenie intelektualnego krajobrazu — miła rozrywka wymyślona
przez i dla takich, jak Sowa, Królik i czasami Kłapouchy, ale nie mająca wiele wspólnego z
takimi, jak Prosiaczek czy Puchatek. Zachodnia filozofia stała się domeną palących fajki i
ubranych w tweedowe garnitury profesorów uniwersyteckich (którzy mogą ją wyznawać, ale
niekoniecznie ją uprawiają) i hiperinteligentnych studentów, którzy mają kłopoty z
wypraniem własnej bielizny albo naprawieniem kosiarki do trawy.
Patrząc na to wszystko spode łba, typowy umysł Zachodu zapyta: A komu potrzebna jest
wschodnia filozofia?
Dla takiego umysłu filozofia Wschodu jest zła z dwóch powodów. Po pierwsze, jest wschodnia
— egzotyczna i mistyczna, malownicza ale bezużyteczna. Po drugie, jest filozofią... A po co to
komu potrzebne?
Takie bardzo zawężone podejście nie dostrzega faktu, że większość z tego, co tworzy
praktyczny Zachód, pochodzi ze Wschodu, głównie z Chin. A — dodajmy — znaczna część od
taoistów, największych chińskich naukowców, wynalazców, lekarzy, artystów i obserwatorów
przyrody.
Na Zachodzie uczą nas w szkołach, że Johan Gutenberg wynalazł czcionkę drukarską, William
Harvey odkrył krążenie krwi, a Sir Isaac Newton sformułował swoją pierwszą zasadę
dynamiki. W rzeczywistości, wszystko to zostało już odkryte i wynalezione w Chinach długo
przed urodzeniem się owych ludzi. Poza niezliczoną ilością innych rzeczy, Chińczycy dali
światu mechaniczny zegar, papier (łącznie z tapetami, papierem toaletowym, papierowymi
chusteczkami, pieniędzmi i kartami do gry), druk wielokolorowy, porcelanę, lakę, farbę
fosforyzującą, latarnię magiczną (poprzedniczkę projektora filmowego), kołowrotek, taczkę,
parasol, nowoczesny pług, uprząż, siewnik, dmuchawę do wiania zboża (a także praktykę
sadzenia roślin w rzędach), kołowrotek wędkarski, współczesny kompas (a także odkryli
różnicę między prawdziwą a magnetyczną północą), sejsmograf, siatkę geograficzną, system
dziesiętny, kalkulator, hermetycznie zamykane laboratorium badawcze, przekładnię
łańcuchową, przekładnię taśmową, pompę łańcuchową, podstawy silnika parowego,
przyrządy pomiarowe i wskaźniki, lane żelazo, wytwarzanie stali z surówki, wiszący most,
konturowy kanał transportowy, śluzę, maszt, żagiel, ster, komory powietrzne na statkach,
statek napędzany kotem łopatkowym, żeglowanie po lądzie, latawiec (w tym latawiec
akrobatyczny, wojskowy, informacyjny, muzyczny, płonący...), szybowiec (który, tak jak
akrobatyczny latawiec, byt wynaleziony przez taoistycznych adeptów w górach Chin,
latających na nim po to, by poznać prawa przyrody i współdziałać z nimi), balon na
podgrzane powietrze, śmigło helikoptera, spadochron (tysiąc pięćset lat przed Leonardem da
Vinci), strojone dzwony, dzwony „kościelne", równe tempa w muzyce (ponownie odkryte 138
lat później przez Jana Sebastiana Bacha), wydobywanie gazu ziemnego, butlę gazową
(pierwotnie była to wypełniona gazem rura bambusowa z zaworem z jednej strony, nad
którym wędrowcy gotowali jedzenie), okulary słoneczne, nieprzemakalną odzież,
wyposażenie do wspinaczki górskiej, proch strzelniczy (wynaleziony, jak na ironię, przez
taoistę starającego się odkryć eliksir długowieczności). Grupa dam dworu wynalazła zapałki,
które przywieziono do Europy tysiąc lat później. Inni Chińczycy odkryli strukturę płatka
śniegu — dwa tysiące lat wcześniej niż na Zachodzie — oraz istnienie plam na Słońcu i
wiatrów słonecznych. Chińczycy odkryli cukrzycę i choroby spowodowane niedoborem
składników pokarmowych; byli także pionierami endokrynologii, immunologii, anatomii
(między innymi wywnioskowali istnienie i kształt bębenka usznego, zanim został fizycznie
odkryty), a także hormonalnego leczenia tarczycy. Rozwinęli system biologicznej walki ze
szkodnikami... To powinno wystarczyć, żeby pokazać, o co mi chodzi. Owi ludzie zauważali
różne rzeczy.
Niestety, Zachód nie sprowadził ze Wschodu tradycyjnego przekonania, że nauka, moralność
i duchowość muszą kroczyć razem, że nauka bez podbudowy moralnej i duchowej nie jest
prawdziwą nauką, ale rodzajem obłędu. No cóż, chyba nie możemy mieć wszystkiego.

Wracając do Puchatka i przyjaciół, cała ta sprawa obserwacji naukowych i tak dalej


przypomina nam odkrycie zasady zabawy w Misie-patysie, uprawianej na całym świecie,
odkąd została opisana w Chatce Puchatka (a możliwe, że już kiedyś wcześniej). Puchatek, jak
pamiętacie, badał szyszki jodłowe i ułożył wierszyk o jednej szczególnej...
Właśnie wszedł na mostek. A że nie patrzył, którędy idzie, potknął się o coś, szyszka wypadła
mu z łapki i wleciała do wody.
— Masz ci los! — powiedział Puchatek.
Gdy szyszka płynęła sobie wolno pod mostem, wrócił z powrotem po nową szyszkę jodły, do
której miał już rym. Nagle pomyślał, że zamiast szukać szyszki, może byłoby lepiej stanąć i
popatrzeć na rzekę, bo dzień był cichy i spokojny. Więc położył się na brzuszku i spojrzał na
rzekę, która wolno płynęła pod spodem... I nagle zobaczył swoją szyszkę jodłową w dole pod
mostem.
— To zabawne — rzekł Puchatek. — Upuściłem ją z tamtej strony, a ona sobie wyszła z tej.
Ciekaw jestem, czy inna szyszka zrobi to samo.
I poszedł po więcej szyszek.
Druga szyszka zrobiła to samo i wszystkie szyszki robiły to samo. Wtedy Puchatek rzucił dwie
szyszki naraz i wychylił się przez most, żeby zobaczyć, która z nich wyjdzie pierwsza. I jedna
z nich wyszła, a że obydwie byty jednakowe, Puchatek nie wiedział, czy wygrała ta, którą
sobie upatrzył, czy tamta. Potem rzucił jedną dużą szyszkę i jedną małą. I duża wyszła
pierwsza, tak jak sobie tego życzył, a po niej dopiero wyszła mniejsza, czego też sobie życzył.
To znaczy, że wygrał dwa razy... i gdy wrócił do domu na podwieczorek, był wygrany
trzydzieści sześć razy, a przegrany dwadzieścia osiem, co znaczy, że... że trzeba odjąć
dwadzieścia osiem od trzydziestu sześciu. I to właśnie znaczy to. A nie odwrotnie.
I to był początek gry zwanej Misie-patysie, którą wymyślił Puchatek i w którą on i jego
przyjaciele grywali zwykle na skraju Lasu. Tylko że zamiast szyszek brali patyczki, które było
łatwiej znaczyć.
W tym drobnym Puchatkowym incydencie widzimy wszystkie elementy czystej nauki
uprawianej przez taoistów: przypadkowe zdarzenie, obserwujący i dociekliwy umysł,
dedukcja przejawiającej się w nim zasady, wykorzystanie tej zasady, modyfikacja materiału i
nowy sposób robienia pewnych rzeczy. Nieźle, No ale w końcu to „taki właśnie Miś”.
Jak już wspomnieliśmy, obserwacja jest tak ważna z wielu innych względów poza odkryciami
naukowymi. Jest też sprawa życia mądrze i dobrze. W tym zakresie szczególnie, jak sądzimy,
Zachód mógłby nauczyć się paru rzeczy od Wschodu. Na przykład, jak nas kształcą w szkole
w zakresie praktycznej mądrości?
W ogrodzonym pastwisku jest trzysta krów. Bramę pozostawiono otwartą i dwie krowy
wychodzą przez nią co minutę. Ile krów zostanie na pastwisku po upływie półtorej godziny?

Właśnie takie rzeczy, jak mówią, będą nam przydatne, kiedy skończymy szkołę — pomogą
nam zastosować swą wiedzę w sprawach codziennych i odróżnić prawdę od fałszu. Wracając
do tego zadania z krowami, każdy, kto kiedykolwiek hodował bydło, wie, że krowy nie
przechodzą przez otwartą bramę zagrody z częstotliwością dwóch na minutę. Albo
przechodzą wszystkie od razu, albo wcale. Albo przechodzą w tę i z powrotem, kiedy mają na
to ochotę. Najprawdopodobniej w zagrodzie nie pozostanie ani jedna krowa po dziesięciu
minutach od otworzenia bramy albo będzie przewrócone ogrodzenie. Ale gdybyście w ten
sposób odpowiedzieli nauczycielowi, z pewnością byłaby to zła odpowiedź. Taka jest właśnie
różnica między szkołą a życiem. (A jeżeli jesteście jeszcze w szkole i nie wierzycie mi, to
poczekajcie kilka lat.)

Gdybyśmy mieli streścić nauki taoistyczne dotyczące życia codziennego do ich najbardziej
podstawowych elementów, brzmiałyby one: obserwuj, dedukuj i stosuj. Przypatruj się
rzeczom wokół ciebie — odrzucając, najlepiej jak umiesz, wcześniejsze koncepcje, jakie ty
albo inni mieli na ten temat. Idealnie byłoby, gdybyś mógł spoglądać tak, jakbyś widział to po
raz pierwszy. W swym umyśle zredukuj to do najbardziej zasadniczych elementów — „Zobacz
prostotę w złożoności", jak ujął tę zasadę Lao-tse. Wykorzystuj odczucie na równi z logiką,
aby zrozumieć to, co widzisz (na tym polega zasadnicza różnica między pełnią myślenia a
technicznym myśleniem lewej półkuli mózgu). Postaraj się znaleźć powiązania między
poszczególnymi elementami — zauważ powtarzające się układy i zależności. Zastanów się,
jakie prawa przyrody przejawiają się w nich. A potem działaj zgodnie z tymi prawami,
możliwie najmniejszym wysiłkiem, aby dowiedzieć się więcej i osiągnąć to, co chcesz — i nic
ponad to.
Kiedy już nabierzesz praktyki w obserwowaniu, dedukowaniu i stosowaniu, być może
wyczujesz otwierającą się przed tobą — albo w tobie, albo tu i tam — drogę wiodącą do
głębszego zrozumienia świata. Czasami może ci się nawet wydawać, jakbyś był w jakimś
innym wymiarze, jak w przykładzie Thoreau o baśniach z tysiąca i jednej nocy. Ale naprawdę
tak nie jest — po prostu widzisz i odczuwasz, Jak się rzeczy mają", a nie jak ktoś-tam mówi,
że się mają. A różnica może być zasadnicza.
W pewnym sensie jednak mówienie o „innym wymiarze" może być trafne. Albowiem kiedy
kroczysz Drogą, opuszczasz kraj „albo-albo” i wchodzisz do kraju „to-i-to”. Jak napisał Lao-tse
w pierwszym rozdziale Tao Te Ching, wielu ludzi nie potrafi wstąpić na Drogę, ponieważ nie
jest w stanie jej dojrzeć, tkwiąc w „albo-albo”:

Pozbawieni pragnień
Widzą [Drogę] jako „ulotność”.
Mający pragnienia
Widzą ją jako „działanie”.
Jedno i drugie ma to samo źródło,
Choć inną nazwę.
Razem nazywają się „ciemnością” —
Ciemność rosnącej ciemności,
Oto brama wszelkich tajemnic.

Innymi słowy — Tao jest zarówno „ulotnością", jak i „działaniem". Uważający je tylko za
ducha i nie dostrzegający jego form, albo zauważający jedynie jego formy, ale nie sięgający
w ich głąb, poznają je jedynie w połowie — w najlepszym wypadku. Ani ludzie uduchowieni,
odrzucający świat, ani fizyczni, odrzucający ducha, nie mogą poznać Drogi i wejść na nią. Ale
wy możecie.

-Już wszystko mi się pomieszało — powiedział Prosiaczek, który czytał przez moje ramię.
-Tak, trochę mnie poniosło, nieprawda?
-Czy nie można tego wszystkiego jakoś inaczej wyjaśnić?
-Pewnie można. Spróbujmy tak...

Taoizm nie jest sposobem życia odrzucającym świat fizyczny, jak przedstawia go wielu
uczonych (i niektórzy taoiści). Nawet Lao-tse, największy samotnik spośród autorów
taoistycznych, napisał: „Szanuj wszystkich pod nieboskłonem jak własne ciało". Dla taoisty
odrzucenie świata fizycznego byłoby absurdalną skrajnością, niemożliwą do wprowadzenia w
życie bez umierania. Przeciwnie, taoista mógłby raczej powiedzieć: Obserwuj uważnie
działanie praw natury w świecie, który cię otacza, i żyj zgodnie z nimi. Podporządkowując się
im, poznasz moralność skromności, umiaru, współczucia i troski (a nie tylko prawa i przepisy
jednego społeczeństwa), mądrość widzenia Jak się rzeczy mają" (a nie zwykłego
gromadzenia „faktów" na ich temat) i szczęście trwania w harmonii z Drogą (które nie ma nic
wspólnego z narzuconymi „duchowymi" obsesjami i fanatyzmem). Wtedy będziesz żył
swobodnie, spontanicznie i bez wysiłku.

-No i jak, Prosiaczku?


-A nie mógłbyś opowiedzieć jakiejś historyjki?
-Tak. Pewnie mógłbym.
-Historyjki? — powiedział Puchatek, otwierając oczka.
-Chciałbym posłuchać paru historyjek — rzekł Prosiaczek.
-Ja też — powiedział Puchatek. — Powaga na bok.
-Powaga... Tak. Powaga na bok. Zastanówmy się — mówiliśmy właśnie o obserwacji,
spontaniczności i braku wysiłku... Chcielibyście posłuchać przypowieści „Stary Mistrz i koń”?
-Trudno powiedzieć — zauważył Puchatek — dopóki jej nie usłyszymy.
—Fakt. No to, było to tak....

Przed sklepem na wąskiej uliczce w pewnej chińskiej wiosce stał uwiązany koń. Kiedy tylko
ktoś próbował przejść obok, koń go kopał. Po jakimś czasie przy sklepie zebrał się spory tłum
wieśniaków, dyskutujących nad tym, w jaki sposób przejść obok niebezpiecznego konia.
Nagle ktoś przybiegł, krzycząc:
— Nadchodzi Stary Mistrz! On na pewno będzie wiedział, jak to zrobić!
Tłum czekał w napięciu. Stary Mistrz ukazał się za zakrętem, zobaczył konia i skręcił w inną
uliczkę.
-Widzicie — powiedziałem. — Stary Mistrz żył według zasady Wu Wei, czyli Działania Bez
Wysiłku. Jest to coś, czego można się nauczyć obserwując wodę — jak mówią taoiści.
-Wodę? — spytał Prosiaczek.
-Kiedy woda natrafia na swej drodze na jakieś kamienie, nie stara się ich usunąć czy walczyć
z nimi albo zastanawiać się nad nimi.Po prostu omija je. I jeszcze sobie podśpiewuje. Woda
reaguje na to, „co tam jest", działaniem bez wysiłku.
-Wydaje mi się, że nie wszystko pojąłem — powiedział Puchatek.
-Czego nie pojąłeś?
-W tej historyjce...
- Aha, to. Stary Mistrz wiedział, że nie musi iść tą uliczką. Wiedział, że może pójść inną drogą.
—Ale dlaczego inni tego nie wiedzieli?
—A, właśnie! Dlaczego oni nie wiedzieli?
— Ja bym nie poszedł tą uliczką — zakwiczał Prosiaczek. — Na pewno, jakby tam był ten koń.
Albo koza. Albo pies. Albo cokolwiek.
- Ale dlaczego inni nie...
-Mój drogi Puchatku — powiedziała Sowa, przylatując na biurko — w problemach tego rodzaju
należy wziąć pod uwagę ich fizyczne właściwości.
-Nie wiedziałem, że one je mają — odparł Puchatek, drapiąc się w uszko.
-Chciałam powiedzieć — ciągnęła Sowa, jakby rozdrażniona — że rozważana uliczka była
wąska, koń był duży, a ponadto wojowniczo nastawiony.
-Ponadto był jaki?
-Kopał. Stary Mistrz wiedział, że nie ma sensu iść dalej...
-My to wszystko wiemy, Sowo — powiedziałem. — Chodzi o to, że...

-No cóż — wystarczy historyjek. Przejdźmy do następnej zasady.

Kiedy obserwuje się świat przyrody, można w końcu stwierdzić, że wszystko w nim jest tak
zaprojektowane, aby się powiodło — nawet te rzeczy, które niektórzy mogą uznawać za
„złe". Jeżeli pragniecie poznać naturalne prawa powodzenia, musicie patrzeć na wszystko nie
jako „dobre" czy „złe", ale takie, jakie jest. Nie oznacza to, że macie odrzucić moralność czy
zdrowy rozsądek, czy cokolwiek tego rodzaju. Znaczy to po prostu... Ale pokażę to na kilku
przykładach.
Wiele wieków temu chińska cesarzowa Si Ling-chi usłyszała, że służba martwi się, iż „robaki",
a raczej larwy ciem, pożerają liście królewskiej morwy. Poszła więc zobaczyć, jak się sprawy
mają. Obserwowała larwy przędące swe kokony z silnej, błyszczącej nici. Przyglądając się ich
ruchom, wpadła na sposób odzyskania ich włókien i tkania z nich materiału. Jej obserwacje i
próby doprowadziły do rozpoczęcia hodowli dającej najbardziej cenione włókno ze wszystkich
naturalnych włókien świata — magiczny materiał znany jako jedwab.
Wróciwszy pewnego razu ze spaceru, jakieś czterdzieści lat temu, szwajcarski inżynier
George de Mestral zauważył na swoim ubraniu poprzyczepiane rzepy. W przeciwieństwie do
niezliczonych innych ludzi, przeklinających takie przyklejające się do nich chwasty, zdjął je i
zadał sobie pytanie: „Dlaczego tak się przyczepiają?" Przyglądając się im dokładniej,
zauważył, że pokryte są maleńkimi haczykami, które zahaczały o materiał jego ubrania.
Zastanawiał się dalej, czy nie można by opracować sposobu zapinania różnych rzeczy
działającego na tej samej zasadzie, który byłby wygodniejszy niż cokolwiek innego wówczas
w użyciu. Z tego patrzenia i zastanawiania się powstał system Velcro — od „velvet crochet”,
u nas zwany „rzepami" — obecnie używany na całym świecie, w tylu różnych rzeczach, że
trudno byłoby je wyliczać.
Wbrew staremu wyświechtanemu twierdzeniu, jakoby potrzeba była matką wynalazków,
zazwyczaj to obserwacja i wyobraźnia zasługują na to miano. Większość naprawdę
użytecznych wynalazków, odkryć i osiągnięć dokonano w wyniku dziwnych, dziecinnych,
twórczych obserwacji świata wokół nas, nie wykrzywionych wstępnymi ocenami w rodzaju
„możliwe" i „niemożliwe" czy „dobre" i „złe". Na przykład, zasadę działania teleskopu odkryła
grupka holenderskich dzieci, bawiących się soczewkami ze skazą, wyrzuconymi na śmietnik
przez rzemieślnika robiącego okulary. Stwierdziły one, że jeżeli trzyma się dwie soczewki,
jedna przed drugą, to odległe przedmioty wydają się bliższe. Wiadomość o tym doszła do
Włoch i tam usłyszał ją niejaki Galileo Galilei...
Kiedy sięgamy wzrokiem poza „dobro" i „zło", wówczas znacznie łatwiej jest dostrzec i
wykorzystać to, „co tam jest". Przykładowo, kiedy jakiś Miś zje troszkę za dużo i utknie w
waszych drzwiach wejściowych...

...możecie użyć jego nogi do wieszania ręcznika, a sami wchodzić tylnymi drzwiami.

-To chyba Sowa w drugim pokoju? — zapytałem. — O czym ona mówi?


-Chce starać się o pracę spikera radiowego — odparł Prosiaczek. — Właśnie ćwiczy na
Króliku.
-Tak? To powinno być ciekawe. Chodźmy zobaczyć, co ma do powiedzenia.
-...panie i panów — zapowiadała Sowa — na prawdziwie słabowity posiłek...
-Chyba smakowity — poprawił ją Królik.
-Dzień dobry, Sowo — powiedziałem. — Jaki to produkt usiłujesz sprzedać?
-Płatki ołowiane profesora Padbury'ego — odrzekła Sowa.
-Aha. Profesora... Przepraszam, czy powiedziałaś „ołowiane" czy „owsiane"?
-Ołowiane.
-Rozumiem. W takim razie mówiłaś poprawnie — słabowity posiłek. I zastanów się też, Sowo,
czy naprawdę chcesz się zająć czymś takim? Reklamowaniem produktów, które nie
przyniosą nikomu nic dobrego, choć ich producenci twierdzą, że są cudowne?
—Myślałam — powiedziała Sowa — że z moim głosem...
-Tak, masz dźwięczny głos. Ale z pewnością mogłabyś wykorzystać go lepiej. Może to nie
moja sprawa, ale gdybym mógł pokazać ci prawdziwą naturę reklamy... Już wiem, puszczę ci
nagranie, które zrobiłem, kiedy pracowałem jako reporter. O, tutaj jest. No to posłuchaj —
rozmawiam z Rasmussenem Slickiem, prezesem Amerykańskiej Rady Reklamowania
Tytoniu…

— Panie Slick, wielu ludzi zauważa obecnie, że na reklamach tytoniu nie pokazuje się już
ludzi palących papierosy, ani też popielniczek, dymu, popiołu czy innych rzeczy kojarzonych
z pańskimi wyrobami. Oczywiście, nie chciałby pan pokazywać szpitali onkologicznych czy
operacji płuc... Ale czy te obrazki czystych strumieni górskich, śnieżnych stoków, zdrowych
narciarzy, i temu podobnych, nie są jakimś oszustwem? Co by pan o tym powiedział?
—No cóż, po pierwsze, młody człowieku, społeczeństwo amerykańskie było przez wiele lat
oszukiwane twierdzeniami, że tytoń jest w jakiś sposób bezpośrednio odpowiedzialny za
różnego rodzaju problemy zdrowotne. Chciałbym powiedzieć, że nie ma na to żadnego
dowodu. To, co my robimy, jest po prostu rozsądną przeciwwagą dla takich śmiesznych
wypowiedzi i pokazywaniem naszych produktów w lepszej, lżejszej formie. Jestem dumny z
tego, że palę papierosy od wielu lat i nigdy (kaszlnięcie) nie chorowałem z powodu mojego
przyzwyczajenia, które jest zresztą bardzo przyjemne, rozluźniające i (chrząknięcie)
uspokajające. (Chrząknięcie.) Nic, powtarzani — nic (kaszlnięcie) nie może być dalsze od
prawdy (uff) niż (KASZLANIE) twierdzenie, jak to wielu teraz (CHRZĄKANIE)... Może pan to
wyłączyć na chwilę?

-No i jak, Sowo?


-Być może — odparła Sowa — powinnam zostać nauczycielem akademickim.

Być może. Ale raczej chyba nie. Nie wydaje się nam, by Sowa stanowiła wartościowy nabytek
dla uczelni. Teraz, kiedy już tak zmyślnie wprowadziliśmy Sowę do tego rozdziału, możemy
powiedzieć, że niestety stara się utrzymać swe wyobrażenie. A kiedy trzeba „utrzymywać
wyobrażenie", przeszkadza to widzeniu, „co tam jest". Jeżeli nie widzimy, „co tam jest", to jak
możemy się tego dowiedzieć? A jeżeli nie dowiemy się tego, to jak możemy tego uczyć?
Może pamiętacie, co się stało, kiedy Królik znalazł kartkę od Krzysia z napisem „WY
SZEJDŁEM BENDE ZARAZ JESTEM NAJĘTY BRYŚ" i zaniósł ją do Sowy w poszukiwaniu Światłej
Rady...

Sowa wzięła karteczkę z rąk Królika i spojrzała na nią niespokojnie. Potrafiła wprawdzie
napisać swe własne imię SOWA PSZEMONDŻAŁA, potrafiła napisać WTOREK tak, żeby było
wiadomo, że to nie jest Środa, i zupełnie dobrze potrafiła czytać, gdy nie zaglądało się jej
przez ramię i nie mówiło przez cały czas „No i co? No i co?", potrafiła też...
-No i co? — spytał Królik.
-Otóż — rzekła Sowa z mądrą i zadumaną miną.
-Wiem, co mam na myśli. Niewątpliwie.
-No i co?
-Jak najściślej — rzekła Sowa. — Najdokładniej.
I dodała po krótkim namyśle: — Gdybyś ty nie przyszedł do mnie, ja przyszłabym do ciebie.
-Po co? — spytał Królik.
-Po to samo — odparła Sowa w nadziei, że wkrótce nadejdzie jakaś pomoc.
-Wczoraj rano — powiedział Królik uroczyście — poszedłem do Krzysia. Nie było go w domu.
Tylko na drzwiach zastałem ten napis.
-Ten sam napis?
-Inny, ale sens był ten sam. I to jest bardzo dziwne.
-Zdumiewające — rzekła Sowa, znów patrząc na kartkę papieru. — I cóżeś ty zrobił?
-Nic.
-To najlepiej — rzekła Sowa najmądrzej jak umiała.
-No i co? — zagadnął znów Królik, gdy tymczasem Sowie już się zdawało, że Królik dał za
wygraną.
-Najdokładniej — rzekła Sowa.
Przez jakiś czas nie mogła nic wymyślić. I wtem, zupełnie nagle, coś jej przyszło do głowy.
-Powtórz mi. Króliku — powiedziała — dosłowną treść pierwszego napisu. To bardzo ważne.
Wszystko od tego zależy, rozumiesz? Dosłowną treść pierwszego napisu.
-Mówię ci, że była najzupełniej taka sama, co tego.
Sowa spojrzała na Królika, zastanawiając się nad tym, czy go nie strącić z drzewa na dół, lecz
wiedząc, że może to przecież zawsze uczynić, spróbowała jeszcze raz wybrnąć z tego, o
czym mówili.
-Proszę o dosłowną treść — rzekła takim tonem, jakby Królik w ogóle nic nie powiedział.
-Więc było napisane „WY SZEJDŁEM BENDE ZARAZ" tak samo jak tu, tylko że tu jest jeszcze
„JESTEM NAJĘTY BRYŚ".
Sowa wydała głębokie westchnienie ulgi.
-Ach — powiedziała — teraz już wiemy, o co chodzi.
-Dobrze, ale gdzie jest Krzyś? — rzekł Królik. — To jest najważniejsze.
Sowa znów spojrzała na karteczkę. Dla kogoś z jej wykształceniem odczytanie jej było rzeczą
łatwą. „WYSZEJDŁEM BENDE ZARAZ JESTEM NAJĘTY BRYŚ" — to właśnie zwykle pisze się w
takich wypadkach.
-Rzecz jest zupełnie jasna, drogi Króliku — rzekła.
-Krzyś zajął się jakimś Brysiem. Po prostu on i Bryś gdzieś sobie poszli. Czyś nie widział
przypadkiem w Lesie jakiegoś Brysia?

Jak się okazało, Królik nie był wcale lepszy od Sowy w rozszyfrowaniu znaczenia napisu,
ponieważ on również musiał utrzymywać wyobrażenie — kapitana Królika panującego nad
całą sytuacją — co zajmuje tyle czasu i wywołuje tyle biegania i podniecenia, że nie ma kiedy
usiąść i zastanowić się nad znaczeniem czegoś.
-Dzień dobry, Puchatku — powiedział Królik.
-Dzień dobry, Króliku — odpowiedział Puchatek sennie.
-Czy to ty ułożyłeś tę piosenkę?
-Niby tak — odpowiedział Puchatek. — To nie jest sprawa rozumu — ciągnął skromnie. —
Sam wiesz dlaczego, Króliku. Ale to tak czasami do mnie samo przychodzi.
—Aha — rzeki Królik, który nie lubił, żeby cokolwiek samo przychodziło do niego, i wolał sam
chodzić po wszystko — ale mniejsza o to. Ważne jest, czy widziałeś przypadkiem gdzieś w
Lesie Cętkowanego lub Trawiastego Brysia?
—Nie — odparł Puchatek — ani-ani. Tylko przed chwilą widziałem Tygrysa.
-To niedobrze.
-Tak — zgodził się Puchatek — i ja tak myślę.
-A może widziałeś Prosiaczka?
-Widziałem — odparł Puchatek. — Ale może to też niedobrze? — spytał nieśmiało.
-Widzisz, to zależy, czy Prosiaczek czasem czego nie widział.
-Mnie widział — odparł Puchatek.
Królik usiadł na ziemi obok Puchatka, ale poczuł się przez to o wiele mniej ważny, więc wstał
z powrotem.

Jedną z głównych korzyści płynących z widzenia, jak się rzeczy mają", jest umiejętność
rozwiązywania problemów przez obserwację i dedukcję. No bo jak moglibyśmy rozwiązać
jakiś problem, nie zobaczywszy najpierw, na czym on polega? A najlepiej zobaczyć to na
samym początku. Większość poważnych kłopotów wynika z tego, że nie dostrzegamy
drobnych problemów. „Łatwo jest pozbyć się kłopotów, zanim się zaczną" — pisał Lao-tse.
„Zrób porządek, zanim pojawi się chaos". Innymi słowy — odrobina zapobiegliwości warta
jest tony kłopotów. Jednak wszechobecna tendencja w nie umiejącym obserwować
społeczeństwie przemysłowym polega na ignorowaniu małych problemów, dopóki nie
przerodzą się w olbrzymie — a wtedy następuje panika.
Wezwijcie wojsko! Szalony tyran numer dwanaście chce zawładnąć światem! Musimy go
powstrzymać. Jeżeli będzie trzeba, poświęcimy życie nawet miliona ludzi! Och, to jest po
prostu okropne!
No to zobaczmy...
Kto sprzedał mu broń? My. Kto ćwiczył jego armię? My. Kto dostarczał mu wszystko, czego
chciał? My. Kto popierał jego dyktaturę przez całe lata tylko dlatego, że zwalczał naszych
„wrogów"? My. A kto nie dostrzegał jego chwiejnej osobowości, niszczenia wszystkich
przeciwników i ciągłych gróźb pod adresem całego świata i jego porządku? My. No to teraz
mamy.
Podobnie, jak zaczynające się kłopoty, trudno jest też dostrzec fakt, że niektóre „problemy"
naprawdę wcale nie są problemami. Ludzie, którzy nie widzą, jak się rzeczy mają", często
walczą z przeciwnościami, których w rzeczywistości nie ma, i sami stwarzają nowe
przeciwności. Albo zamieniają małe kłopoty na wielkie. Wyolbrzymianie jakiegokolwiek
problemu (czy nie-problemu) jest tradycyjnym Zachodnim podejściem do rzeczywistych czy
wymyślonych trudności: jest to emocjonalne podejście do nich, widzenie ich jako zagrożenia
dla własnego przetrwania — zagrożenia, z którym trzeba walczyć zębami i pazurami aż do
końca. Na Wschodzie tego typu podejście uważane jest za niedojrzałe. Jest to przesadzanie,
marnowanie energii. Albo, jak mówi chińskie przysłowie, „domalowywanie nóg wężowi".
Zatem, przystępując do rozwiązywania problemów, trzeba wiedzieć, czy to są problemy. Czy
to, co wydaje się złe, jest naprawdę złe? Poniższe fragmenty z tekstów taoistycznych ukazują
wagę takiego pytania. Pierwszy jest naszą adaptacją opowieści Liu Ana, znanego też jako
Huai-nan-tse:

Pewien stary człowiek i jego syn mieszkali w porzuconej fortecy na szczycie wzgórza. Jedyną
wartościową rzeczą, jaką posiadali, był koń.
Któregoś dnia koń uciekł. Sąsiedzi przyszli wyrazić im swe współczucie.
-To naprawdę straszne! — mówili.
-A skąd wiecie? — spytał starzec.Następnego dnia koń wrócił, przyprowadzając ze sobą kilka
dzikich koni. Stary człowiek i jego syn zamknęli je w zagrodzie. Nadbiegli sąsiedzi.
-To naprawdę wspaniałe! — mówili.
-A skąd wiecie? — pytał stary człowiek.Następnego dnia syn próbował ujeździć jednego z
dzikich koni. Spadł i złamał nogę. Sąsiedzi nadeszli, kiedy tylko dowiedzieli się o tym.
-To naprawdę fatalne! — mówili.
-A skąd wiecie? — znów pytał starzec.Następnego dnia nadciągnęła armia, zabierając
wszystkich młodych ludzi do wojska, aby walczyć przeciw barbarzyńcom z północy. Wielu z
nich już nigdy nie miało wrócić. Syna starego człowieka nie wzięto, bo miał złamaną nogę.

Drugi fragment pochodzi z pism Chuang-tse:


Pewnego razu, kiedy książę Huan przejeżdżał obok moczarów, na drodze przed nim pojawiła
się zjawa. Książę odwrócił się do Kuan Chunga, który powoził karetą.
-Czy widzisz coś na drodze przed nami? — zapytał.
-Niczego nie widzę — odparł Kuan Chung.Zanim jeszcze książę wrócił do domu, zaczął
majaczyć i zachorował. Przez kilka dni pozostawał w łóżku.Oficer imieniem Huang Kao-ao
zwrócił się do księcia.
-Jakże zjawa mogłaby ci coś uczynić? — zapytał. — Sam sobie czynisz krzywdę. Jeżeli lęki i
obawy zmniejszą twoją energię życiową, to możesz naprawdę poważnie zachorować.
-Ale czy zjawy istnieją?
-Tak, istnieją. Przy małych górskich jeziorach żyją Li; przy ogniskach — Ch'ieh; w kurzu — Lei-
t'ing. Na nisko położonych terenach północnego wschodu pojawiają się Pei-a i Wa-lung. Na
nizinach północnego zachodu można znaleźć I-Yang. Z kolei Wang-hsiang żyją blisko rzek,
Hsin na wzgórzach, K'uei w górach, a Fang-huang w opuszczonych miejscach. Na moczarach
można spotkać Wei-t'o.
-Opisz mi Wei-t'o — powiedział książę.
-Wei-t'o jest tak gruby, jak piasta koła u wozu i tak wysoki, jak trzonek siekiery. Nosi
purpurową szatę i czerwoną czapkę. Nie cierpi odgłosu przejeżdżających powozów, a kiedy
jakiś usłyszy, zatyka sobie uszyrękami. Ktokolwiek ujrzy Wei-t'o, ten zostanie wielkim władcą.
-Taką właśnie zjawę widziałem! — wykrzyknął książę, po czym usiadł na łóżku i wygładził
swe szaty. Zaczął się śmiać, a pod koniec dnia jego choroba zupełnie ustąpiła.

Trzecia przypowieść jest również autorstwa Chuang--tse, który wykorzystuje jedno z


wydarzeń w trudnym życiu K'ung Fu-tse, aby zilustrować podejście taoistyczne:
Armie Ch'en i Ts'ai prowadziły ze sobą wojnę, a K'ung Fu-tse znalazł się akurat pomiędzy
nimi. Przez siedem dni nie miał nic do jedzenia oprócz podlej zupy. Chociaż na jego twarzy
widać było zmęczenie, cały ten czas spędził śpiewając i grając na lutni. Przed domem, w
którym przebywał, dwaj jego uczniowie zastanawiali się nad sytuacją.
—Już dwa razy Mistrz został wypędzony z Lu. Musiał uciekać z Wei. W Sung ścięli drzewo, pod
którym siedział. W Shang i Chou spotkały go wielkie kłopoty.A teraz siedzi tu między Ch'en i
Ts'ai. Mogą go zabić albo wziąć do niewoli, a on gra na lutni i śpiewa! Cóż za
nieodpowiedzialne zachowanie!
Ich słowa powtórzono K'ung Fu-tse, który odłożył swą lutnię i rzeki:
—Oni mówią jak mali ludzie. Zawołajcie ich, bym mógł z nimi porozmawiać.
Dwaj uczniowie weszli do pokoju.
—Mistrzu — powiedział jeden z nich — zastanawia nas twoje zachowanie. Wydaje się bardzo
dziwne, biorąc pod uwagę, że jesteś w wielkim niebezpieczeństwie.
—Czyżby? — odparł K'ung Fu-tse. — Kiedy człowiek działa w harmonii z Drogą Niebios, jego
nauki muszą zwyciężyć. Kiedy odcina się od Drogi Niebios, jego nauki muszą przegrać.
Spoglądam w swoje wnętrze i widzę, że działam w harmonii z Drogą Niebios. Mam zasady,
które pozwolą mi przezwyciężyć ten okropny rozpad wszystkiego, jaki widzę wokół mnie. A
wy mówicie, że jestem w niebezpieczeństwie. Może teraz mam drobne trudności, ale nie
utracę Cnoty, którą mam w sobie. Siłę cyprysu i sosny widać wówczas, kiedy spadnie na nie
śnieg. Jestem wdzięczny za te kłopoty wokół mnie, ponieważ uświadamiają mi, jakim jestem
szczęściarzem.
Wziął lutnię i dalej śpiewał.
Pierwszy z uczniów zaczął tańczyć, a drugi wykrzyknął:
—Nie zdawałem sobie wcześniej sprawy z tego, jak wielkie i niezmierzone są drogi niebios i
ziemi!
Czy „dobre" jest koniecznie dobre? Czy „złe" jest koniecznie złe? Uważa się za dobre, jeżeli
ktoś jest piękny, ale wielu ludzi uważanych za pięknych zrujnowało przez to życie własne i
innych. Uważa się za złe, jeżeli ktoś jest nieatrakcyjny, ale wielu ludzi ze względu na swą
nieatrakcyjność zajęło się sprawami znacznie ważniejszymi niż pielęgnowanie wyglądu
zewnętrznego i zrobili coś szczególnego — w wielu przypadkach stając się w trakcie tego
pięknymi. Uważa się, że dobrze jest być zdrowym i silnym, ale wielu ludzi energicznych traci
zdrowie i siłę nie biorąc pod uwagę tego, co niesie starość — i nie dbając o siebie — aż już
jest za późno. Uważa się, że źle jest być chorym i słabym, ale wielu ludzi reaguje na taki stan
przyjrzeniem się swemu życiu i wprowadzeniem do niego różnych zmian, tym samym
wzmacniając swe zdrowie i siłę. Nieatrakcyjność, choroba i słabość mają wiele do
przekazania tym, którzy chcieliby się od nich czegoś nauczyć.

Uważa się, że dobrze jest żyć długo, ale wielu spędza swe życie siedząc i narzekając,
oglądając telewizję, opisując swe operacje, opowiadając setny raz, co ciocia Gertruda
powiedziała czterdzieści lat temu. Wiele osób, które coś osiągnęły, zmarło młodo, ale
przeżywały one w pełni każdą minutę danego im czasu. Jak zauważył Chuang-tse, nawet
śmierć niekoniecznie musi być zła:

Skąd możemy wiedzieć, że trzymanie się życia nie jest błędem? Może nasz strach przed
nadejściem jego końca jest niczym zabłądzenie i niemożność powrotu do domu.
Li Chi była córką nadgranicznego wodza Ai Fenga. Kiedy książę Hsien poprosił o jej rękę,
płakała tak długo, aż całe rękawy miała mokre od łez. Lecz kiedy poznała księcia bliżej i
zamieszkała w jego pałacu, śmiała się ze swych wcześniejszych lęków i smutków. Skąd
możemy wiedzieć, że duchy zmarłych nie robią tak samo?
Ci, którzy śnią o ucztach, mogą obudzić się i zastać głód i niedolę. Ci, którzy śnią o głodzie,
mogą po zbudzeniu wstać i wyruszyć na polowanie. Podczas snu jednak nie zdają sobie z
tego sprawy... Lecz kiedy się obudzą, wiedzą, że był to tylko sen. Pewnego dnia nadejdzie
wielkie przebudzenie i wtedy dowiemy się, że nasze życie było jak sen...

Słowa te mogą wydać się dziwne, ale po wielu latach, niespodziewanie któregoś ranka lub
wieczoru, możemy spotkać kogoś, kto nam je wytłumaczy.

Tymczasem przyjrzyjmy się naszemu życiu i życiu wokół nas, i żyjmy. Zanim zaczniemy
płakać i modlić się do wszechświata, aby nie wystawiał nas na próby i doświadczenia,
możemy zastanowić się, co on nam dał. Być może rzeczy „dobre" to sprawdziany, i to trudne,
a rzeczy „złe" to prezenty, pozwalające nam rozwijać się: problemy, które musimy
rozwiązywać, sytuacje, których musimy się nauczyć unikać, przyzwyczajenia, które musimy
zmienić, warunki, które musimy zaakceptować, lekcje, których musimy się nauczyć, rzeczy,
które musimy zmienić — wszystko to są okazje do znalezienia Mądrości, Szczęścia i Prawdy.
Cytując Williama Blake'a:

By tę prawdę rzec najprościej:


Człek jest z bólu i radości;
Tak być musi — gdy to wiemy,
Przez świat łatwo już przejdziemy.
Ból i radość w jednym splocie
Boskiej duszy są okryciem.

Hmmm. Kłapouchy chyba wyszedł.


-Ja jeszcze tu jestem — powiedział Prosiaczek.
-A — to dobrze.
-Podobały mi się te historyjki.
-Cieszę się.
-Pomogły mi w... refleksji nad różnymi sprawami.
-Sprawami? Takimi jak...
-Strach.
-Aha.
-No to idę na spacer, żeby trochę sobie pomyśleć. Niedługo wrócę.
-Masz rację. Baw się dobrze.

Kiedy widzimy, Jak się sprawy mają", dostrzegamy w nich świat magii — świat, który tkwił w
nich cały czas. I zaczynamy się zastanawiać, jak mogliśmy nie zauważyć go wcześniej. Jak
pisał Henry David Thoreau:

Czymże jest nauka historii czy filozofii, albo poezja bez względu na to, jak dobrze dobrana,
albo najlepsze towarzystwo, albo najwspanialsza kariera życiowa, w porównaniu do
umiejętności patrzenia zawsze na to, co jest do zobaczenia? Czy ty będziesz tylko
czytelnikiem, zwykłym studentem, czy też widzącym? Odczytaj swój los, zobacz, co cię
czeka, i idź w przyszłość.

No a teraz mamy zagadkę dla Puchatka, kiedy wróci: Jeżeli „dobre” niekoniecznie jest dobre,
a „złe” niekoniecznie jest złe, to jakie jest „małe”?

Proste serce

Wiatr wiał im teraz w oczy i uszki Prosiaczka trzepotały na nim jak chorągiewki, gdy tak szedł
i torował sobie drogę. I zdawało się, że minęły całe godziny, nim znalazł dla nich schron w
Stumilowym Lesie. A potem znów sterczały mu prosto i trochę niespokojnie nasłuchiwały, jak
wyje wiatr wśród wierzchołków drzew.
— a może jakieś drzewo zwali się na nas, kiedy będziemy akurat pod nim przechodzić?
— a może nie? — rzekł Puchatek po dokładnym namyśle.
Prosiaczka to uspokoiło, a po chwili obydwaj kołatali i dzwonili radośnie do drzwi Sowy.

A teraz czas na… Co to za kwiczący głosik?

Nic się tobie nie powiedzie,


Kiedy jesteś Bardzo Mały…
Musisz siedzieć w starej biedzie.
Z ciebie nie jest Zwierz Wspaniały.
Wielkie Czyny są ważne,
Ale ty ich nie dokonasz z całą pewnością.

— Prosiaczku, co ty, na Boga…


— Puchatek daje mi lekcje przekładania piosenek — zakwiczał Prosiaczek.
— Nie masz czasem na myśli układania pio… ale chyba nie. Dobrze, przekładania piosenek,
czy tak?
- Tak.
Mam tylko nadzieję, że on zdaje sobie sprawę, co teraz spadnie na nie spodziewający się
niczego świat.
-Dzień dobry — powiedział Puchatek. — Czy Prosiaczek śpiewał ci już swoją piosenkę?
-Przynajmniej kawałek. On śpiewa okropnie wysoko, nieprawda? Gdyby był człowiekiem, to
śpiewałby kontrtenorem.
-Nie — odparł Puchatek. — On może też prosto.
-Co prosto?
-Śpiewać.
-A kto tu mówił o prostym czy krzywym, Puchatku?
-Powiedziałeś, że Prosiaczek śpiewa kątem, a ja powiedziałem...
-Dobrze, już dobrze. Chodziło mi o to, że śpiewa wysoko.
-To dziwne — rzekł Puchatek. — Przecież on jest Bardzo Małym Zwierzątkiem.
-Właśnie — dodał Prosiaczek. — Nie można wymagać, żeby świnia śpiewała tak jak Puchatek.
On śpiewa Puch-altem.
-To nie był dobry żart, Prosiaczku.
-Żart? — rozejrzał się Puchatek. — Gdzie?

Co to ja chciałem powiedzieć? Aha. Teraz dochodzimy do mocy wrażliwych, skromnych i


małych — mocy, które tkwią we wszystkich Prosiaczkach, bez względu na to, czy coś z nią
robią. Ze wszystkich nauk Wschodu i Zachodu taoizm kładzie największy nacisk na tę moc,
która w pismach taoistycznych symbolizowana jest przez Dziecko, Tajemniczą Kobietę i
Ducha Doliny. Co znaczące, symbole te są również stosowane dla przedstawienia samego
Tao.
Zacznijmy nasze rozważania o wrażliwych, skromnych i małych od zastanowienia się nad
wrażliwością. Na Zachodzie wrażliwość uważana jest raczej za minus niż plus. („Po prostu
jesteś zbyt wrażliwy!") Lecz nawet odrzucając ją jako coś, czego trzeba się pozbyć, Zachód
przyznaje jednocześnie, że wrażliwość posiada niesamowitą moc. Przykładowo, powszechnie
wiadomo, że jeśli się jest wrażliwym w sposób negatywny na punkcie swojego zdrowia,
zamartwianie się i pesymizm mogą podtrzymywać chorobę. Jednak już nie tak powszechnie
przyjmuje się pogląd, że pozytywna wrażliwość na punkcie zdrowia — „słuchanie" swego
ciała, unikanie niszczących wpływów, wyobrażanie sobie i sterowanie leczniczą energią,
wizualizacja doskonałego zdrowia, i tak dalej — może podtrzymywać dobre zdrowie, jak tego
doświadcza coraz więcej osób; niektórym z nich udaje się wyleczyć z „nieuleczalnych"
chorób.
Wrażliwość i zdolności rozwijają się wspólnie — kiedy jedno z nich uczy się czegoś, drugie
robi to samo. Tancerz z baletu jest świadom swych mięśni, kiedy je napina i rozluźnia,
zaciska i odpręża, w rezultacie ćwiczeń, praktyki i przedstawień. Wykorzystując tę
wrażliwość, potrafi skoczyć w górę, okręcić się i wylądować bez widocznego wysiłku.
Sportowiec jest świadom tego, w jaki sposób się poruszać, jak uderzyć lub rzucić piłkę we
właściwy sposób i we właściwym czasie, jak zrobić to czy owo dla zdobycia punktu. Nasz
ostatni nauczyciel T'ai Chi Ch'üan rozwinął swą wrażliwość do takiego stopnia, że
natychmiast wiedział, kiedy ktoś chciał się przekraść za jego plecami. Mistrzowie takich
dziedzin są przynajmniej w nich bardzo wrażliwi — a tym samym czujni. Jak pisał Chuang-tse:

"Ludzi doskonałej Cnoty nie spali ogień i nie utopi woda. Nie skrzywdzi ich też gorąco czy
zimno, ani nie zranią dzikie zwierzęta. Rzecz nie polega na tym, że są obojętni — chodzi o
to, że potrafią odróżnić, kiedy mogą bezpiecznie odpoczywać, a kiedy może im grozić
niebezpieczeństwo. Są czujni zarówno wtedy, kiedy im się dobrze wiedzie, jak i wówczas, gdy
spotka ich zły los, ostrożni, kiedy wędrują i wracają, i nic ich nie może skrzywdzić."
Nic, to znaczy dopóki nie będą pili herbaty w czasie burzy na drzewie Sowy...
Nagle rozległ się okropny trzask.
-Uwaga! — zawołał Puchatek. — Ostrożnie, zegar! Z drogi, Prosiaczku! Prosiaczku, lecę na
ciebie!
-Pomocy! — zawołał Prosiaczek.
Strona pokoju, po której siedział Puchatek, powoli uniosła się w górę, a fotel, na którym
siedział, zaczął zsuwać się w dół na krzesło Prosiaczka. Zegar zsunął się łagodnie wzdłuż
półeczki kominka, zgarniając po drodze wazoniki, i wszystko to razem zleciało na to, co
kiedyś było podłogą, a co teraz chciało się przekonać, jak to jest, kiedy się jest ścianą. Wuj
Robert, który teraz miał zostać nowym dywanikiem sprzed kominka i ciągnął za sobą resztę
swojej ściany jako dywan, spotkał po drodze krzesło Prosiaczka akurat wtedy, gdy Prosiaczek
miał je opuścić. I przez chwilę nie można się było rozeznać, co jest czym. I wtedy rozległ się
nowy, głośny trzask... po czym salonik Sowy nagle opamiętał się i zapadła cisza.
I tak dom Sowy umieszczony wysoko na drzewie znalazł się nagle na parterze. Ale się zrobił
bigos!
—Bigos? — zainteresował się Puchatek.

Słowem na określenie taoistycznej wrażliwości jest „współdziałanie". Jak pisał Lao-tse: „Dobry
wędrowiec nie zostawia śladów" —-jest wrażliwy (a zatem również pełen szacunku)
względem swego środowiska i działa zgodnie z prawami przyrody, które nim rządzą. Jak
kameleon, stapia się z tym, „co tam jest". A czyni to poprzez świadomość wynikającą ze
zredukowania własnego ego do zera. Jak ujął to Chuang-tse:
Temu, kto nie mieszka w sobie, kształty rzeczy jawią się takimi, jakimi są. Porusza się on jak
woda, odbija jak zwierciadło, reaguje jak echo. Jego lekkość sprawia, że zdaje się znikać.
Nieruchomy jak czyste jezioro, żyje w harmonii ze wszystkim wokół niego i pozostaje taki na
dobre i złe. Nie stara się wyprzedzić innych, ale podąża za nimi.
-Ale gdzie jest ten bigos? — spytał Puchatek.
-Proszę, Puchatku — nie przeszkadzaj teraz. Idź, zajrzyj do lodówki.
-W lodówce nic nie ma.
-Tak? To chyba nie moja wina.

Taoistyczny alchemik i zielarz Ko Hung tak opisał jedną z korzyści nieegoistycznej


świadomości — zadowolenie:
"Człowiek zadowolony może się cieszyć tym, co wydaje się bezużyteczne. Może znaleźć
ciekawe zajęcie w lesie lub w górach. Mieszka w malej chatce i przyjaźni się z prostymi
ludźmi. Nie zamieniłby swego wytartego okrycia na cesarskie szaty, ani tobołka na plecach
na czterokonny powóz. Pozostawia turkusy w górach, a perły w morzu. Gdziekolwiek zmierza,
cokolwiek robi — potrafi być szczęśliwy; wie, kiedy ma się zatrzymać. Nie zrywa krótko
kwitnącego kwiatu, nie wędruje niebezpieczną drogą. Dla niego dziesięć tysięcy rzeczy to pył
na wietrze. Śpiewa sobie, idąc wśród zielonych gór.
Osłaniające go gałęzie drzew są dlań przyjemniejsze niż dwory z czerwonymi bramami, pług
w rękach daje mu więcej satysfakcji niż tytuły i proporce, świeża woda z górskiego źródła jest
dlań smaczniejsza niż uczty możnych. Jest prawdziwie wolny. Cóż może dlań znaczyć walka o
zaszczyty? Czym może go pociągać zachłanność i pożądliwość? Przez swą prostotę ma Tao, a
przez Tao — wszystko. Widzi światło w „ciemności", pogodę w „chmurach", szybkość w
„powolności", pełnię w „pustce". Kucharz przygotowujący posiłek ma u niego tyle samo
szacunku, co słynny śpiewak albo wysoki urzędnik. Nie ma żadnych korzyści do zdobycia, ani
żadnej posady do stracenia, nikt go nie oklaskuje ani nikt nie krytykuje. Kiedy spogląda w
górę, to nie z zazdrością. Kiedy patrzy w dół, to nie z pogardą. Wielu na niego patrzy, ale nikt
go nie widzi. Spokojny i oderwany, wolny jest od niebezpieczeństw, niczym smok ukryty
wśród ludzi."
Ukryty. To nam przypomina tego Jak-mu-tam.

W rogu pokoju obrus zaczął się wiercić, potem skręcił się w kulę i potoczył w poprzek pokoju,
raz czy dwa razy podskoczył w górę i wysunął dwoje uszu.

Potem poturlał się znów przez pokój i rozkręcił się.

I Prosiaczek znów się pojawił, a więc możemy przejść do drugiej podziwianej cechy
wspomnianej wcześniej w tym rozdziale: skromności. Zaczniemy od naszego ulubionego
fragmentu z pism Chuang-tse:
"W drodze do Sung, Yang-tse spędził noc w gospodzie. Karczmarz miał dwie żony — jedną
piękną, a drugą bardzo przeciętną. Tę przeciętną traktował z szacunkiem i miłością, podczas
gdy piękną zupełnie ignorował. Następnego dnia Yang-tse zapytał chłopca pomagającego w
gospodzie, dlaczego tak jest. Ten odparł:
—Ta piękna wie, że jest piękna, a przeciętna wie, że jest przeciętna.
Po powrocie Yang-tse zwrócił się do swych uczniów:
—Zapamiętajcie to sobie, moi uczniowie. Odsuńcie od siebie dumę i zaufajcie swej cnocie.
Jeżeli tak uczynicie, czyż będą mogli was nie kochać?"

Ponieważ ta przypowieść znakomicie podsumowuje temat skromności, przejdźmy od razu do


Małych.
-Czy masz coś do powiedzenia o Małych,Prosiaczku?
-No tak — odpowiedział. — Właśnie to próbowałem (chrząknięcie).

Nikim wielkim, być nie zdołasz,


Jeśli wzrost twój niski zgoła.
Życie zaś o jakim marzysz,
Już się tobie nie przydarzy.
Jest wysoko.
Ty zaś jesteś Bardzo Małym Zwierzątkiem.

Gdybym tak być Większym mógł,


Wtedy przestąpiłbym próg
Szans Życiowych wielkich mych.
A tak nie mam wcale ich.
Jestem mały.
Dużo za mały, żeby coś zrobić.

— Dziękuję, Prosiaczku. Myślałem, że właśnie coś takiego powiesz.

Dla typowego Zachodniego umysłu „większy" znaczy „lepszy": duży człowiek walczy lepiej
niż mały, duża korporacja jest potężniejsza niż mała firma, dorosły jest mądrzejszy od
dziecka. Podejście taoistyczne mówi: wcale tak nie jest.
Czy naprawdę duży człowiek walczy lepiej niż mały? Nasz wcześniej wspomniany nauczyciel
T'ai Chi Ch'üan, bardzo mały człowiek nawet jak na Chińczyka, został pewnego razu osaczony
w wąskiej uliczce w Hongkongu przez bandę uzbrojonych rzezimieszków. I oni przegrali. W
sztukach walki, tak jak w prawdziwym życiu, uważać trzeba nie na wielkiego przeciwnika, ale
właśnie na małego. Tak jest z wielu powodów — zarówno fizycznych (niższy środek
ciężkości), jak umysłowych (sztuczki, jakich się nauczył w związku ze swoją niższością), jak
też z emocjonalnych (bez blokady mięśniowego ego można się poruszać znacznie szybciej).
Duzi ludzie są zwykle leniwi i wolni, polegają na swych muskułach w każdej trudnej sytuacji.
Mali ludzie są znacznie bardziej energiczni, giętcy i czujni, z lepiej wyćwiczonym systemem
nerwowym i mniejszą wagą do dźwigania. Jakże często widzieliśmy małych zawodników
tańczących wokół swych wielkich przeciwników, uderzających i odskakujących do woli.
Śmieszne jest zatem, kiedy ktoś opowiada, jaki to ten wielki rzeźnik jest wielki. Cóż z tego, że
jest prawie taki jak ciężarówka, kiedy nie potrafi was złapać? Żeby wyjaśnić to dokładniej,
przytoczymy chińską opowieść „Małpy i konik polny":

Pewnego dnia, dawno temu, kilka małp żyjących w górach stwierdziło, że wolałyby
zamieszkać w dolinie, gdzie jest znacznie cieplej. Kiedy jednak zeszły z gór do doliny, nie
mogły znieść koników polnych. Usiłowały więc przekonać koniki polne, żeby się wyniosły,
najpierw łagodnymi namowami, a później groźbami. Ale koniki polne stanowczo odmawiały.
-Wy śmieszne małe istoty! — ryczał wódz małp. — Jeżeli nie odejdziecie same, przepędzimy
was siłą! Jutro rozprawimy się z wami!
-Dobrze — odpowiedział wódz koników polnych, — Jeżeli tak chcecie.
Następnego dnia małpy wkroczyły do doliny, uzbrojone w ciężkie maczugi.
-Wyłaźcie, koniki polne! — wrzeszczały. — Gdzie się chowacie?
-Tu jesteśmy! — odpowiedziały koniki polne i rzuciły się na swych przeciwników.
Bach, bach, bach — trzaskały maczugi, kiedy jedne małpy waliły inne. Koniki polne były dla
nich jednak za szybkie. Wódz małp zauważył z obrzydzeniem,że wódz koników polnych
wylądował na jego nosie.
-Ja go biorę, wodzu! — powiedziała małpa stojąca obok.
Wymierzyła potężny cios maczugą, chybiając konika polnego (który już skoczył gdzie indziej),
ale wbijając nos wodza małp głęboko między jego oczy. Podobnie się działo z nosami innych
małp. W końcu małpy powlokły się z powrotem w góry, a dolina była znów cicha i spokojna.
Dlatego właśnie małpy unikają dolin i mają rozkwaszone nosy.

Odnośnie do drugiego punktu: Czy wielkie korporacje są naprawdę potężniejsze od małych


firm? Tak myślały dinozaury i nie wyszło im to na dobre, a także nie wydaje się, by
wychodziło na dobre biznesowi.
Jak uczą nas w szkole, dinozaury były najlepiej rozwiniętymi zwierzętami na ziemi — przez
jakiś czas. Jednak zmiany geograficzne i klimatyczne wyeliminowały je, ponieważ nie miały
umiejętności adaptacji i nie mogły stawić czoła mniejszym, szybszym stworzeniom, które je
wyparły. Ich najbardziej rozrodzonymi potomkami są dzisiaj, jak zapewniają nas naukowcy,
ptaki — małe, łatwo adaptujące się, ruchliwe.
Obecnie od jakiegoś czasu wielkie spółki wykupują małe firmy, a same z kolei są
wykupywane przez olbrzymie korporacje, które potem wykupują konglomeraty
międzynarodowego kapitału. Im stają się większe i im bardziej niezależne, tym więcej mają
słabych punktów. Wielkość łatwo staje się najgorszym wrogiem samej siebie. Jak to pokazują
niedawne wydarzenia, nie potrzeba znów tak wiele, aby wielka korporacja popadła w kłopoty.
A im jest większa, tym bardziej ucierpi spadając. Przetrwanie najtłustszych było przez krótki
czas regułą rządzącą pomyślnością w biznesie, teraz jednak szybko zastępuje ją sukces
małych. W poszukiwaniu czegoś nowego i pożytecznego twórczy biznesmen zaczął uczyć się
taktyki walki samuraja. Lepiej by jednak zrobił, jak nam się wydaje, gdyby czytał Tao Te
Ching: „Twardy i silny upadnie; giętki i ustępliwy przetrwa". To tylko taka myśl.

Za stołem, w drugim końcu pokoju, zrobił się nagle rumor i w chwilę potem Sowa znów była z
nimi.

-Ach, Prosiaczku — rzekła Sowa z bardzo strapioną miną — gdzie jest Puchatek?
-Nie jestem tego zupełnie pewien — odparł Puchatek.
I wreszcie odnośnie do ostatniego punktu: Czy dorosły jest rzeczywiście mądrzejszy od
dziecka? Na poziomie jednostki zależy, oczywiście, od tego, który dorosły i które dziecko. Ale
generalnie dla taoisty mądrość jest stanem dziecka. Dzieci się z nią rodzą, a większość
dorosłych traci ją albo jej dużą część. A ci, którzy nie tracą, są, w takim czy innym sensie, jak
dzieci. Czy to tylko przypadek, że chiński przyrostek -tse, oznaczający „mistrza", dosłownie
znaczy „dziecko"? Jak napisał konfucjański, ale zaskakująco taoistyczny, filozof Meng-tse:
„Wielki człowiek zachowuje umysł dziecka". I, jak pokazuje poniższa opowieść Chuang-tse,
wielki człowiek również s z a n u j e umysł dziecka:

"W towarzystwie sześciu z jego najmądrzejszych urzędników, Żółty Cesarz podróżował do


góry Chu-T'zu, aby porozmawiać z mistykiem Ta Kuei. W dzikich ostępach Hsiang Ch'eng
świta cesarska zgubiła drogę. Chodząc tu i tam przez jakiś czas, urzędnicy napotkali chłopca
pasącego konie.
-Czy znasz drogę do góry Chu-T'zu? — zapytali go.
-Znam — odparł chłopiec.
-W takim razie — rzekli — czy wiesz, jak możemy odszukać ukrytą siedzibę pustelnika Ta
Kuei?
-To również mogę wam powiedzieć.
-Cóż za zadziwiające dziecko! — powiedział cesarz do swych towarzyszy. — Tak wiele wie...
Ale poddam go próbie.
Wysiadł ze swej karety i zawołał chłopca do siebie.
-Powiedz mi — rzekł Żółty Cesarz. — Gdybyś został władcą cesarstwa, jak byś nim rządził?
-Znam się jedynie na pasieniu koni — odparł chłopiec. — Czy rządzenie cesarstwem bardzo
się od tego różni?
Niezbyt zadowolony, cesarz zapytał go ponownie:
—Zdaję sobie sprawę z tego, że rządzenie nie jest twoim zajęciem. Chciałbym jednak
wiedzieć, czy kiedykolwiek myślałeś o tym?
Chłopiec nie odpowiedział. Cesarz znów go zapytał, a chłopiec znów odpowiedział pytaniem:
-Czy rządzenie cesarstwem różni się od pasienia koni?
-Wyjaśnij mi, na czym to pasienie polega — rzekł Żółty Cesarz — a wtedy ci odpowiem.
-Pasąc konie — powiedział chłopiec — musimy być pewni, że nie stanie się im żadna
krzywda. Odkładamy zatem wszelkie przedmioty, jakie mamy przysobie, które mogłyby je
zranić. Czyż rządzenie narodem może różnić się od tego?
Żółty Cesarz pokłonił się dwukrotnie i zawołał:
—Oto Mistrz Niebiański!"

-Czy są w nim grzybki? — spytał Puchatek.


-Puchatku, o czym ty w ogóle mówisz?
-O bigosie.
-Jakim bigosie?
-Tym, o którym sam mówiłeś. „Ale się zrobił bigos". Sam tak powiedziałeś.
-Ach, to tylko takie wyrażenie.
-Aha.
-Puchatku, czy ty nigdy nie myślisz o niczym poza swoim żołądkiem?
-Prawie nie myślę o moim żołądku — odpowiedział Puchatek.
-Miło mi to słyszeć.
-Zwykle myślę o jedzeniu.
-Nie ma co... — rzekła Sowa — ładnie wyglądamy...
—Co my zrobimy, Puchatku? Może byś coś wymyślił? — spytał Prosiaczek.
-Właśnie myślałem i myślałem, i wymyśliłem taki mały kawałek. — I zaczął śpiewać:

Dość długo leżałem na ziemi, na brzuszku,


Udając, że drzemię wieczorem na łóżku.
Starałem się mruczeć mru-mru... po cichutku,
Starałem się nucić, lecz wszystko bez skutku.
Cokolwiek się zdrzemnąć jest rzeczą przyjemną,
Gdy fotel pode mną jest, nie zaś nade mną.
A tak się akurat złożyło niemiło,
Że właśnie tak było, bo tak się zdarzyło.
Mieć fotel na grzbiecie, to dobre jedynie
Dla skoczka, co w cyrku tańcuje po linie,
Natomiast dla Misia nie żaden to zaszczyt,
Gdy leży na ziemi i brzuch mu się płaszczy,
I łapki, i szyjka, i nos, i tak dalej,
Co też mu się wcale a wcale nie chwali.

—To wszystko — powiedział Puchatek.


Sowa chrząknęła na znak, że bynajmniej nie jest zachwycona, i oświadczyła, że jeśli Puchatek
jest pewien, że to jest wszystko, to nadszedł najwyższy czas, aby wytężyć umysły w kierunku
zagadnienia wydobycia się.
—Ponieważ — ciągnęła Sowa — nie możemy wy dostać się przez to, co dotąd było drzwiami
wejściowymi, gdyż coś na to padło.
Wracając na moment do zasad taoistycznych... Kiedy usuniemy blokadę ze strony ego,
energia Drogi Wszechświata będzie mogła swobodnie przez nas płynąć. I to jest jedna z
przyczyn, dla których taoiści podkreślają wagę bycia Małym, tak jak to czyni Lao-tse w
dwudziestym ósmym rozdziale Tao Te Ching:

"Poznaj pierwiastek męski,


Ale trzymaj się żeńskiego.
Stań się rzeką
Dla wszystkiego pod nieboskłonem.
Tak jak płynie rzeka,
Poruszaj się stale w Cnocie;
Wróć do stanu dziecka.

Poznaj światło,
Ale trzymaj się w cieniu.
Stań się wzorem
Dla wszystkiego pod nieboskłonem.
Tak jak wzór się powtarza,
Działaj stale w Cnocie;
Wróć do początku.

Poznaj wysokości,
Ale trzymaj się nisko.
Stań się doliną
Dla wszystkiego pod nieboskłonem.
Tak jak dolina daje obfitość,
Dawaj stale w Cnocie;
Wróć do naturalnej prostoty.

Kiedy współdziałamy z Potęgą Małego, naśladujemy samą Drogę, jak bowiem wskazał Lao-
tse w rozdziale trzydziestym czwartym:

Wielka Droga płynie wszędzie.


Na lewo i na prawo.
Od niej zależy życie
Dziesięciu tysięcy rzeczy.
Ona karmi je wszystkie,
Niczego im nie skąpiąc.
Ona dokonuje wszystkiego,
Ale nie wymaga uznania.
Ona karmi i przyodziewa wszystko,
A jednak nie twierdzi,
Że jest panem wszystkiego.
Nie prosi o nic w zamian.
Można ją nazwać Małą.
Z niej wychodzi,
Za nią podąża
I do niej powraca
Dziesięć tysięcy rzeczy.
A jednak ona nie uważa się
Za ich pana.
A zatem można ją nazwać Wielką.
Tak samo mędrcy osiągają wielkość,
Zajmując się
Małym.
Tymczasem w domu Sowy...

-Ale jak moglibyśmy wyjść inaczej? — spytał Prosiaczek z niepokojem.


-Oto jest Zagadnienie, Prosiaczku, w kierunku którego proszę, aby Puchatek wytężył swój
umysł.
Puchatek siadł na podłodze, która kiedyś była ścianą, i zaczął wpatrywać się w sufit, który
kiedyś był przeciwległą ścianą z drzwiami frontowymi, i starał sięw tej sprawie wytężyć
umysł.
-Czy mogłabyś z Prosiaczkiem na grzbiecie pofrunąć w górę do skrzynki na listy? — zapytał.
-Nie — rzekł szybko Prosiaczek — Sowa nie może.
Sowa wygłosiła wykład o Niezbędnych Mięśniach Grzbietowych. Już raz mówiła o tym
Krzysiowi i Puchatkowi. I od tej pory stale wyczekiwała na sposobność zrobienia tego jeszcze
raz, ponieważ jest to rzecz, którą można z łatwością wyłożyć dwa razy, zanim ktokolwiek
zrozumie, o co chodzi.
-Bo widzisz, Sowo, gdyby się nam udało wsadzić Prosiaczka do skrzynki na listy, Prosiaczek
mógłby przecisnąć się przez otwór, w który wkłada się listy,zejść z drzewa na dół i pobiec po
pomoc.Prosiaczek przerwał mu gwałtownie, mówiąc, że bardzo utył w ostatnich czasach i nie
może pod żadnym pozorem, choć bardzo by tego pragnął. A Sowa na to, że ona właśnie
kazała w ostatnich czasach powiększyć swą skrzynkę do listów na wypadek, gdyby miała
otrzymać większe listy, więc może Prosiaczek spróbowałby jednak?
A Prosiaczek znów na to:
— Ale tyś przecież mówiła przed chwilą, że te niezbędne wiesz-już-co nie mogłyby — a Sowa
powiedziała: — Rzeczywiście, nie mogłyby, więc nie ma o czym mówić — a Prosiaczek
powiedział, że wobec tego lepiej zacznijmy myśleć o czym innym — i w tej samej chwili
zaczął.

-Wymyśliłem trochę inną piosenkę — powiedział Prosiaczek.


-Ach. Dobrze, to jak to idzie?
-Tak...

Nie zobaczysz nigdy wiele,


Kiedy siedzisz w małym ciele...
Wszystko jest gdzieś tam wysoko.
Jest dla kogoś,
Kto jest Kimś,
Nie dla takiego jak ty...
Jak mam stać się Większy?
Jak mam stać się Wyższy?
Kiedy przestanę czuć się słaby?
Kiedy przestanę czuć się mały?

-Bardzo to ładne, Prosiaczku... to znaczy, piosenka. Ale to cię nigdzie nie doprowadzi,
rozumiesz.
-Nie rozumiem — odrzekł Prosiaczek.
-To znaczy, że takie podejście ci nie pomoże. Jeżeli dalej będziesz powtarzał takie myśli, to
po prostu będziesz przekonywał sam siebie,że jesteś bezradny. Czy nie dlatego tak się boisz?
-No cóż — powiedział Prosiaczek — kiedy jest się tylko Bardzo Małym Zwierzątkiem...
-Gdybym mógł ci zasugerować...
-Tak?

-Przede wszystkim, lęki, które tobą wstrząsają, nie są odpowiednimi, właściwymi


reakcjami na to, „co tam jest", jak ostrzeżenia przed niebezpieczeństwem. Są to raczej twoje
fantazje o tym, „co tam może być": „Co by było, gdybym spotkał Hohonia, albo upadł na
twarz, albo zrobił z siebie głupka?" Czyż nie tak?
-Tak... Chyba tak.
-Radziłbym ci, żebyś następnym razem, kiedy „co tam może być" zacznie cię mamić,
spojrzał mu prosto w oczy i zapytał: „No dobrze, co jest najgorszą rzeczą, jaka może się
stać?" A kiedy to odpowie, zapytaj sam siebie: „Co mógłbym z tym zrobić?" Zobaczysz, że
zawsze coś takiego się znajdzie. I wtedy stwierdzisz, że możesz panować nad każdą sytuacją.
A kiedy sobie to uświadomisz, wszelkie strachy uciekną.
-Naprawdę?
-Szczególnie, jeżeli uświadomisz sobie, skąd pochodzi ta moc. W taki czy inny sposób,
wszyscy jesteśmy Bardzo Małymi Zwierzątkami, i to nam powinno w zupełności wystarczyć.
Więc dlaczego się tym martwić? Wszystko, co musimy robić, to żyć w harmonii z Drogą, dla
dobra świata, i pozwolić, by jej moc działaław nas. Niech ona wszystko robi.
-Aha — powiedział Prosiaczek.
-Na przykład, ja nie piszę tej książki. Byłoby to trudne i wymagało wysiłku. Wolę, żeby ta
książka sama się pisała — za moim pośrednictwem. To jest ciekawe i podniecające. Ona
sobie płynie, a ja podążam za nią, najlepiej jak umiem. Dzień po dniu, gdziekolwiek jestem,
przychodzą do mnie różne pomysły, a ja umieszczam je na tych stronach. Aby sparafrazować
mojego ulubionego autora haiku, Matsuo Basho: „Każdy zakręt drogi przynosi mi nowe
pomysły; każdy świt daje mi świeże odczucia". Pisanie wraz z Drogą jest podróżą. Tak jak i
wszystko inne. Któż to wie, gdzie zaprowadzi nas jutro Droga i co będzie za naszym
pośrednictwem robiła?
-Nigdy nie myślałem o tym w taki sposób — powiedział Prosiaczek.
-Widzisz więc, że dopóki podążamy za Drogą, nie straszne nam żadne lęki — ani obawa przed
niepowodzeniem, ani obawa przed sukcesem.
-Obawa przed sukcesem? Czy jest coś takiego?
-Oczywiście, że jest i panuje nad wielu ludźmi. Chuang-tse napisał coś o tym. Na przykład
to...

"Yao oglądał widoki w Hua, kiedy rozpoznał go strażnik graniczny i podszedł do niego,
mówiąc:
-Czyżby to był Mistrz? Niech Mistrz będzie błogosławiony! Niech życie jego będzie długie!
-Cyt! — powiedział Yao.
-Oby Mistrz został bogaty!
-Cyt!
-Oby miał wielu synów!
-Cyt!
-Jakże to? — zapytał strażnik graniczny. — Długie życie, bogactwo i wielu synów — tego
pragną wszyscy. Dlaczego ty ich nie chcesz?
-Wielu synów — odparł Yao — oznacza wiele trosk. Bogactwo oznacza wiele kłopotów.
Długie życie oznacza długie cierpienie niesprawiedliwości. Nie jest to zgodne z uprawianiem
Cnoty. Oto dlaczego ich nie pragnę.
—Przedtem — odpowiedział strażnik graniczny — myślałem, że jesteś Mistrzem. Teraz widzę,
że jesteś tylko Wyniosłym Człowiekiem. Niebiosa, zsyłając ci synów, z pewnością zatroszczą
się o pracę dla nich. Gdybyś doczekał się wielu synów, a oni mieli pracę, to jakie miałbyś
mieć troski? Gdybyś miał wielkie bogactwo i podzielił się nim z innymi, to jakie miałbyśmieć
kłopoty? A co do długiego życia... Mędrzec znajduje sobie mieszkanie jak przepiórka, bez
kłopotu czy wysiłku. Żywiony jest jak pisklę, przez zapewniającą wszystko Drogę Niebios.
Podróżuje przez życie niczym ptak w locie, nie zostawiając śladów swej wędrówki. Kiedy
cesarstwo podąża za Drogą, on dzieli dobrobyt wszystkich. A kiedy zgubi Drogę, on oddala
się, by uprawiać swą Cnotę. Po wielu latach życia w zadowoleniu, opuszcza tę ziemię i stąpa
po białych chmurach. Nie sięgnie go żadne zło. Wolny jest od nieszczęścia. Jakąż on cierpi
niesprawiedliwość?
I po tych słowach strażnik graniczny odwrócił się i odszedł. Yao podążył za nim, wołając:
-Zaczekaj! Chciałbym cię zapytać...
-Idź precz! — odpowiedział strażnik graniczny."

-Przypowieść ta — powiedziałem — pokazuje, co filozofowie taoistyczni mają na myśli


mówiąc: „Traktuj zysk i stratę tak samo". Nie bądź zastraszony. Nie rób wielkiej sprawy z
niczego — po prostu przyjmuj wszystko takim, jakie jest. Wszechświat wie, co robi. A więc nie
rozwijaj w sobie wielkiego ego i nie bój się.
-Aha — powiedział Prosiaczek. — Rozumiem.
-Wychodzisz?
-Tak — powiedział. — Popracuję jeszcze nad moją piosenką.
-Sowo — rzekł Puchatek — coś wymyśliłem.
-Ach. ty przebiegły Misiu! — powiedziała Sowa.Puchatek spojrzał dumnie wokoło, kiedy
usłyszał, że nazwano go Biegłym Misiem, i powiedział skromnie, że to tylko przypadkowo
zdarzyło mu się wymyślić. Otóż przywiąże się jeden koniec sznurka do Prosiaczka, a Sowa
pofrunie w górę do skrzynki na listy z drugim końcem sznurka w dziobie, przesunie go
pomiędzy prętami skrzynki i potem znów sfrunie na dół,i razem z Puchatkiem pociągną
mocno za ten koniec, a Prosiaczek powoli wzniesie się w górę na drugim końcu. I to jest
wszystko.
Tak, wszystko. Chyba że, jak zauważyła Sowa, sznurek przypadkiem pęknie... Uff.
—On nie pęknie — szepnął mu na pociechę Puchatek do ucha — bo ty jesteś Bardzo Małym
Zwierzątkiem, a ja będę stał na dole. I jeśli nas wszystkich uratujesz, dokonasz Bardzo
Wielkiego Czynu, o którym potem będzie głośno, i ja może ułożę o tym piosenkę, i wszyscy
powiedzą: „To było tak wielkie, czego Prosiaczek dokonał, że została o tym ułożona
Pochwalna Pieśń Puchatka".
Prosiaczkowi zrobiło się potem o wiele raźniej na duszy i kiedy wszystko było już gotowe, a
on poczuł, że wznosi się do sufitu, był tak dumny, że miał ochotę zawołać: „Patrzcie na
mnie!", gdyby się nie bał, że Puchatek i Sowa gotowi są rzucić swój koniec sznurka i patrzeć
na niego.
-Jedziemy w górę! — zawołał Puchatek radośnie.
-Wznoszenie się przebiega w sposób przewidziany — rzekła Sowa krzepiąco.

W chwilę potem Prosiaczek był już na górze. Otworzył skrzynkę do listów i wlazł do środka.
Po czym, gdy się odwiązał, zaczął przeciskać się przez otwór, przez który, w dawnych
czasach, gdy drzwi frontowe były jeszcze drzwiami frontowymi, wpadało wiele
nieoczekiwanych listów, które Sowa Pszemondżała pisała do siebie samej.

Prosiaczek wciskał się i wciskał z całych sił, aż przedostał się na drugą stronę.
I ich było Zwycięstwo. I nadeszła Pomoc i Ratunek. Co pokazuje...
-Znowu jestem — powiedział Prosiaczek.
-No tak. I co, nowa piosenka?
-Tak, nowa.
-Dobrze, posłuchajmy.

Powiedzieć nie masz co,


Gdy Wyżsi razy sto,
Ze swoją siłą mięśni
I swoją mocą pięści,
Stwierdzą, że nie mogą zrobić tego,
Co ty zrobisz, nie maleńki już kolego.
A gdybym stał się większy?
A gdybym stal się wyższy?
Jakie rzeczy by mnie omijały?
W końcu nie jestem aż taki mały,

—O wiele lepiej — powiedziałem. — Znacznie lepiej. Dobra robota, Prosiaczku. Naprawdę.


-Dziękuję — powiedział Prosiaczek, wyglądając dużo bardziej różowo niż zwykle.
-O, Kłapouchy i Sowa. Chodźcie tu wszyscy. Musimy uczcić Dzielną Ucieczkę Prosiaczka!
Zarezerwowałem stolik przy Sześciu Sosnach. Poczekamy na innych u Kangurzycy i...
-A czy będzie bigos? — zapytał Puchatek z nadzieją.
-Tak. Zdaje się, że mają to w karcie. Bigos z miodem.
-I z grzybkami?
-Tak. I Chlebek żołędziowy, i... ale po co o tym mówić? Chodź Prosiaczku, nie zostawaj z tyłu.
—Tak, chodź — powiedział Puchatek. — I weź resztę tej piosenki.
—Idę, idę...

Po co miałbym być większy?


Po co miałbym być wyższy?
Po co miałbym być inny?
Po co miałbym być INNY?

Dzień Prosiaczka

Za pomocą sznura wyciągali ze starego mieszkania Sowy krzesła, obrazy i rozmaite rzeczy,
żeby wszystko było gotowe do ustawienia w nowym. Kangurzyca stała na dole i wiążąc
rzeczy wykrzykiwała do Sowy: „Ta brudna stara ścierka nie będzie ci już chyba potrzebna./?
A co będzie z tym dywanikiem? Jest cały w dziurach!" A Sowa wołała z oburzeniem:
— Oczywiście, że będzie mi potrzebna; jest to tylko kwestia umiejętnego porządkowania
rzeczy i zaznaczam, że to nie jest żadna ścierka, tylko mój szal.
Maleństwo za każdym pociągnięciem sznura wjeżdżało w górę i zjeżdżało na nim w dół z
jakimś nowym przedmiotem, co trochę gniewało Mamę-Kangurzycę, która nigdy nie
wiedziała, gdzie go szukać. Dość, że w końcu pokłóciła się z Sową i powiedziała, że jej dom
jest wilgotną i brudną ruderą i że był już najwyższy czas, żeby się wywalił.
— Proszę tylko spojrzeć na te okropne gniazda muchomorów, o tam, w rogu.
Sowa spojrzała w dół trochę zdziwiona, bo nic o tym nie wiedziała. A potem roześmiała się
trochę sarkastycznie i wyjaśniła, że jest to gąbka i że jeśli ktoś nie potrafi odróżnić zwykłej
gąbki kąpielowej od muchomora, to są ładne rzeczy.
— Dobrze — powiedziała Kangurzyca.
A Maleństwo wpadło jak bomba do mieszkania, wrzeszcząc:
— Muszę zobaczyć gąbkę Sowy! O, jest! Ach, Sowo, to nie jest gąbka, tylko gąbczysko. Czy
wiesz, co to jest gąbczysko, Sowo? To się robi wtedy, kiedy gąbka jest już zupełnie...
— Fe, Maleństwo — powiedziała z wyrzutem Kangurzyca, ponieważ nie jest to sposób
mówienia do kogoś, kto potrafi napisać słowo WTOREK.

Cóż takiego przypomina nam dom Sowy? Tak jakoś wydaje się dobrze znany. Przejdźmy się
po nim, jakby jeszcze stał na miejscu — może nasuną się nam pewne skojarzenia.
Zobaczmy... Cały wygląda tak, jakby kusił siły przyrody, żeby go rozwaliły. Już od dłuższego
czasu staczał się powoli w kierunku takiego stanu, którego nie da się już naprawić, ponieważ
właściciel nie zajmował się zupełnie jego utrzymaniem i naprawami, ale myślał o innych
sprawach... No tak — on przypomina naszą cywilizację. Czy ona także zostanie rozwalona?
Chcielibyśmy zapytać: „Ciekawe, co się z nią stanie?" Niestety, nie możemy o to zapytać,
ponieważ wiemy.
Intrygujące jest, a niekiedy nawet niesamowite, jak historia lubi się powtarzać. Wygląda na
to, że ów krytykowany przez Lao-tse i innych dawnych taoistów konfucjanista „Ja-
Najważniejszy Pan Wojny" przybrał się w nowe piórka i wrócił, aby ponownie przejąć
dowodzenie. Czytając w Tao Te Ching opis ówczesnego społeczeństwa, ma się dziwne
wrażenie, że został napisany przedwczoraj. I znów taoizm, mimo jego wieku, wydaje się
bardzo na czasie. I znów być może ma coś do zaoferowania.
Jesteśmy przekonani, że nie było dobre dla naszego narodu, kiedy przeszedł z oświeconej
epoki prezydenta Johna F. Kennedy'ego (który, być może niezupełnie przypadkowo, czasami
cytował Tao Te Ching) do usianej skandalami ery administracji Kandydatów Grup Interesów,
którzy — owijając się w Gwiaździsty Sztandar patriotyzmu — zdają się stawiać sobie za punkt
honoru rozwalenie naszej demokracji i zniszczenie naszej ziemi, powietrza i wody. Od wielu
lat nie widać już nigdzie inteligentnych i bezinteresownych aktywistów, a za to wszędzie
spotkać można egocentrycznych i ignoranckich konserwatystów. A to nie jest dokładnie tym,
co chcielibyśmy nazwać Drogą Zdrowego Społeczeństwa.
Trudno też zrozumieć, dlaczego tych ludzi nazywa się konserwatystami, kiedy oni niczego nie
konserwują. Nie konserwują bogactw naturalnych. Zużywają je tak szybko, jak to tylko
możliwe. Nie konserwują moralności i rodziny, mimo przechwalania się na wszystkie strony
swą prawością — przechwalania, które brzmi jak bluźnierstwo w ustach ludzi gromadzących
pieniądze w wyniku przedsięwzięć komercyjnych, szydzących z wartości moralnych i
wypędzających na ulicę zubożałe rodziny, wdowy i sieroty. Oni z pewnością nie konserwują
pieniędzy. A już szczególnie pieniędzy podatników. Wydaje się, że konserwują jedynie te
wartości, które ludzkość powinna była odrzucić już dawno: klapki na oczach, nietolerancję,
niewrażliwość na krzywdę ludzką, bigoterię i chciwość.
Konserwatyści (będąc bardzo religijnymi ludźmi, jak mówią) wierzą, że „Bóg pomaga tym,
którzy sami sobie pomagają". A zatem pomagają sobie zdobyć wszystko, na czym położą
ręce. Jednak nie można się raczej spodziewać, że pomogą innym, a tym bardziej, że pomogą
ziemi.
W ostatnich latach, na przykład, „konserwatywni" przywódcy naszego narodu rozpoczęli
wojnę, aby odebrać Irakowi pola naftowe Kuwejtu. Prowadzili ją w ten sposób, że najpierw
zbombardowali nadmorskie szyby naftowe (doprowadzając do największego w dziejach
wylewu ropy do morza), czym skłonili przeciwników do podpalenia 30 procent kuwejckich
szybów, a potem zabili ćwierć miliona ludzi (z których wielu było cywilami mieszkającymi
daleko od obiektów militarnych). Była to najbardziej wyniszczająca dla środowiska wojna w
całej historii wojskowości. Rachunek: 60 miliardów dolarów. Zupełnie zarzucili troskę o
zachowanie energii, co cechowało ich poprzedników, wycofując prawie w całości
finansowanie badań nad wykorzystaniem energii słonecznej (po czym, jak zwykłe,
Japończycy zauważyli to i przejęli pierwszeństwo również w tej dziedzinie), przekazali
olbrzymie środki budżetowe (z kieszeni podatników) na rozwój energetyki atomowej,
naciskali na prowadzenie wierceń w poszukiwaniu ropy naftowej w nielicznych już ostojach
dzikiej przyrody i na wodach przybrzeżnych, konsekwentnie odmawiali przeprowadzenia
kosztownej likwidacji wysypisk toksycznych odpadów — i tak dalej, i tak dalej. Jeżeli mamy
takich rozrzutnych i niszczycielskich „przywódców", to po co nam wrogowie?
Na nieszczęście dla tych z nas, którzy chcieliby przejść do większych i lepszych spraw —
takich jak postęp ludzkości i zapewnienie jej przetrwania — większość przywódców
politycznych będących obecnie przy władzy wydaje się nie przejmować nikim poza sobą. Jak
w dawnych czasach, oznacza to wojnę.
Obecnie miliardy dolarów amerykańskich podatników są corocznie wydawane na
przygotowania do wojny, co wpędza naród w niespłacalny dług, gdy tymczasem w miastach
całego kraju nie opodatkowani szefowie gangów jeżdżą limuzynami, handlarze narkotyków i
psychopaci czyhają na porzucone dzieci, a bezdomne babcie pchają ulicami w wózkach
sklepowych swój ziemski dobytek.
Do naszych parków narodowych wkraczają coraz bardziej rozprzestrzeniające się poligony i
tereny wojskowe, zamieniając kawałek po kawałku obszary dzikiej przyrody w prawdziwą
„dzicz". Biuro Zarządzania Ziemią do tej pory „wydzierżawiło" wojsku siedemnaście milionów
akrów. Zarząd Lasów Stanów Zjednoczonych zezwolił na prowadzenie stu sześćdziesięciu
trzech ćwiczeń wojskowych na trzech milionach akrów lasu rozrzuconych po pięćdziesięciu
siedmiu narodowych kompleksach leśnych. A oto trzy krótkie przykłady, co to oznacza w
praktyce...
Korpus Inżynierski Armii Stanów Zjednoczonych nazywa Staw F w Górach Skalistych
„najbardziej zanieczyszczoną milą kwadratową na ziemi". Tysiące zwierząt i ptaków zginęło
po wypiciu jego wody albo nurkowaniu w niej. Łańcuch „Bravo 20" w górach Nevady
przedstawia iście księżycowy krajobraz po pięćdziesięciu latach nieustannego ćwiczenia
artylerii. W latach 1983 - 1984 woda jeziora Stillwater, będącego narodowym rezerwatem,
wylała się i wymieszała z trującymi chemikaliami pozostałymi w kraterach po wybuchach
pocisków, a potem cofnęła się i zatruła siedem milionów ryb i niezliczoną ilość ptaków.
Dwadzieścia trzy miliony pocisków artyleryjskich, czołgowych i moździerzowych wystrzelono
w lasach i na polach Poligonu Jeffersona w Indianie o powierzchni dziewięćdziesięciu mil
kwadratowych. Około półtora miliona z nich jeszcze nie wybuchło, a wiele jest pod ziemią i
praktycznie nie można ich zlokalizować. Pewien ekspert stwierdził, że aby oczyścić ten
niegdyś dziewiczy teren, trzeba byłoby usunąć trzydzieści stóp ziemi specjalnymi
pancernymi buldożerami — trzydzieści stóp w głąb na obszarze dziewięćdziesięciu mil
kwadratowych.
W czasie gdy Armia Stanów Zjednoczonych coraz intensywniej niszczy ziemię za pieniądze
podatników i wznieca nacjonalizm „wygraną" wojną w Zatoce Perskiej, zabijanie w kraju
również się wzmaga. Obywatele Stanów Zjednoczonych zabijają się nawzajem z pistoletów z
szybkością sześćdziesięciu czterech śmierci dziennie — czyli więcej Amerykanów ginie w ten
sposób w ciągu dwóch i pół roku, niż zginęło ich w trwającej szesnaście lat wojnie w
Wietnamie (a rannych zostaje dodatkowo sto tysięcy rocznie).
A więc... może czas już na nowe podejście do rządzenia. Albo stare podejście. Albo w ogóle
jakiekolwiek podejście.
„Kiedy cesarstwo podąża za Drogą — pisał Lao-tse — konie ciągną wozy z nawozami po
polach. Kiedy cesarstwo gubi Drogę, konie ciągną rydwany bojowe przed murami miast". A
także:

Mam trzy skarby,


Które najbardziej chronię.
Pierwszy to współczucie.
Drugi to oszczędność.
Trzeci to pokora.
Ze współczucia pochodzi odwaga.
Z oszczędności pochodzą środki, pozwalające na szczodrość.
Z pokory pochodzi odpowiedzialne rządzenie.
Dzisiaj ludzie odrzucili współczucie,
By stać się zuchwali.
Porzucili oszczędność,
By stać się rozrzutni.
Utracili pokorę,
By być pierwsi.
Taka droga wiedzie do śmierci.

Taoistycznym ideałem jest rządzenie przez „napełnianie żołądków i budowanie kości” — czyli
opiekowanie się społeczeństwem, poczynając od jego dołów. Dzisiejsi politycy w rządzie,
biznesie i przemyśle „opiekują się społeczeństwem", dając coraz więcej pieniędzy tym,
którzy są na szczycie drabiny społecznej. I tu jest „pies pogrzebany". Lao-tse następująco
opisał tę sytuację;

Dwór pełen jest przepychu.


Pola pełne są chwastów.
Spichlerze są puste.
Możni zakładają bogate szaty,
Noszą ostre miecze,
Napychają się obfitym, jedzeniem i piciem,
I posiadają nadmiar bogactwa.
To nie książęta i panowie.
To baronowie-rabusie.

-Prosiaczku — zaczął Puchatek trochę nieśmiało, gdy przez pewien czas szli obok siebie w
milczeniu.
-Co, Puchatku?
-Czy przypominasz sobie, jak mówiłem, że mogłaby zostać napisana Pochwalna Pieśń
Puchatka o Tym, Co Już Wiesz?
-Tak mówiłeś, Puchatku? — spytał Prosiaczek, którego nosek stawał się powoli
purpurowy. — Ach, tak, zdaje się, że coś takiego mówiłeś.
-Otóż została ona napisana, Prosiaczku. Purpura z Prosiaczkowego nosa przeszła powoli na
jego uszka i tam została.
-Czyż tak, Puchatku? — zapytał zdławionym głosem. — O tym jak... Czy naprawdę o tym jest
napisane, Puchatku?
-Tak, Prosiaczku.
Koniuszki uszu Prosiaczka zapłonęły nagle i Prosiaczek spróbował coś powiedzieć, ale mimo
że raz czy dwa razy przełknął ślinę, nic z tego nie wyszło. Więc Puchatek ciągnął dalej:
-Jest tam siedem zwrotek.
-Siedem? — zapytał Prosiaczek, siląc się na obojętność.

-E-hem — odezwał się kwiczący głosik.


-O, Prosiaczek.
-Tak. Czy widziałeś Puchatka?
-Ostatnio coś nie. Ale jeśli już tu jesteś, to chciałbym cię o coś zapytać. Jak cię teraz
traktują?
-Zadziwiająco dobrze — odparł. — Wczoraj poproszono mnie dwa razy o autograf.
-Aha. Czyli, że wiadomość się rozniosła.
-Tak — i to jest naprawdę ekscytujące.
-A jak Kłapouchy zachowuje się w stosunku do ciebie?
— Trudno powiedzieć — rzekł Prosiaczek — bo nie widziałem go od jakiegoś czasu.
-Cóż, to chyba lepiej. Przepraszam. Biedny stary Kłapouchy. Powinienem być bardziej
tolerancyjny.
-On ma sporo różnych zmartwień — powiedział Prosiaczek. — Być Kłapouchym to
prawdziwe pasmo udręki.
-Wszyscy mamy jakieś zmartwienia — powiedziałem. — Sam się niemało zamartwiałeś,
ale podjąłeś działanie wbrew swym obawom. Na tym właśnie polega różnica między tobą a
Kłapouchym. Przynajmniej jedna z różnic.
-W każdym razie — powiedział Prosiaczek - nie powinniśmy być zbyt surowi dla
Kłapouchego. Jestem pewien, że doceniłby trochę uprzejmości.
—No, ale muszę już uciekać — dodał. — Muszę znaleźć Puchatka. Do widzenia.
No cóż.
-Nieczęsto bywa siedem zwrotek w mruczance, prawda, Puchatku?
-Nigdy — rzeki Puchatek — i nie przypuszczam, żeby kiedykolwiek coś takiego było.
-Czy Wszyscy wiedzą już o tym? — spytał Prosiaczek, zatrzymując się na chwilę, by podnieść
z ziemi patyczek i natychmiast odrzucić go od siebie.
-Nie — odparł Puchatek — bo nie wiedziałem, co wolałbyś: żebym ją najpierw zaśpiewał
tobie czy poczekał trochę i zaśpiewał ją Wszystkim.
Prosiaczek zamyślił się na chwilę.
-Wolałbym, Puchatku, żebyś mi ją zaśpiewał teraz, a potem nam Wszystkim, bo wtedy
Wszyscy usłyszą, a ja będę mógł powiedzieć: „Ach tak, Puchatek już mi ją śpiewał" — i
udawać, że wcale nie słucham.

Jeżeli w tym miejscu wydamy się sobie nieco prosiaczkowaci, nieco zniechęceni do
bezwarunkowego wprowadzenia do przyszłości ślepego optymizmu spod znaku „bi-znes-jak-
to-biznes", to jest tak zapewne dlatego, że żyjemy w kraju, który przy 5 procentach ludności
świata konsumuje 25 procent energii świata, emituje 25 procent gazów powodujących efekt
cieplarniany, a jednocześnie nie ogranicza emisji dwutlenku węgla. Podczas gdy Niemcy i
Japonia od wielu lat zbierają gospodarcze żniwa dużych inwestycji na oszczędzanie energii —
dzięki czemu niemiecki system gospodarczy staje się modelem dla całej Europejskiej
Wspólnoty Gospodarczej — nasze społeczeństwo prawie całkowicie to zignorowało i wydaje
pieniądze na wiadome rzeczy.

Tak, mamy wątpliwości co do miłości, jakiej nasza ziemia potrzebuje. Ale czyż miłość nie ma
swego źródła w domu? A jednak nawet krótki rzut oka na wnętrze typowego amerykańskiego
domu i garażu ujawni zadziwiającą ilość antyziemskich chemikaliów, którymi bronimy
dostępu sił natury do naszego progu. A na zewnątrz... Amerykanie wylewają rocznie
sześćdziesiąt siedem milionów funtów pestycydów na publiczne trawniki — więcej niż
zużywają farmerzy przy produkcji nasiąkniętej pestycydami żywności. Niektóre z trzydziestu
czterech rodzajów chemikaliów stosowanych na tych „cudownych trawnikach” nie były
testowane od lat czterdziestych. A pozostałe też nie muszą być szczególnie bezpieczne...

Jeżeli jesteśmy jeszcze niezdecydowani, czy możemy nadal zachowywać się w tak
nieodpowiedzialny sposób i nie będziemy musieli zapłacić nieuniknionej ceny, to jest tak
zapewne dlatego, że żyjemy na planecie, na której codziennie znika od pięciu do dziesięciu
gatunków życia, co minutę wycina się ponad siedemdziesiąt pięć akrów lasu, jedna trzecia
lądu stałego zamieniła się w pustynię, a zagrażające życiu susze i powodzie stają się z roku
na rok coraz częstsze. I nie pozostaje nam nic innego, jak tylko zastanawiać się, jak długo
nasza planeta to wytrzyma.
A kiedy słyszymy wielkie przemowy o rosnącej świadomości ekologicznej i ludzkiej zdolności
rozwiązania każdego problemu i jednocześnie widzimy, jak wielu ludzi nadal traktuje ziemię i
żyjące na niej stworzenia, które uciekają, odlatują, odpływają i odpełzają jak najdalej od
człowieka, a pozostają tylko te, które rosną w ziemi i nie mogą się poruszać — to nie
pozostaje nam nic innego, jak tylko zastanawiać się, „kto tu kogo oszukuje".
Potem idziemy do świata przyrody, obserwujemy i nasłuchujemy. I mówi nam, że nadciąga
Wielka Burza i że niedługo sprawy przyjmą bardzo interesujący obrót, naprawdę bardzo
interesujący.
Chcielibyśmy przekazać coś, czego dowiedzieliśmy się od samej ziemi, od taoistów,
buddystów tybetańskich, Indian amerykańskich, pism proroka Izajasza i innych: Oto
nadchodzi nowy sposób życia — tak odmienny od dzisiejszego, że trudno go opisać, jeżeli w
ogóle jest to możliwe. Można by go nazwać Dniem Prosiaczka.
Zanim nadejdzie, chcielibyśmy powiedzieć tym ludziom, którzy nie mieli chęci albo czasu, by
zaznajomić się ze światem przyrody: Nie martwcie się — i tak będziecie musieli się z nim
zaznajomić. A to dlatego, że w ciągu najbliższych kilku lat świat przyrody zacznie przychodzić
do was (choć niekoniecznie w taki sposób, w jaki byście chcieli). Może byłoby z korzyścią dla
was, gdybyście już teraz zaczęli się z nim zaznajamiać. To tylko taka sugestia.

Tu leży kasztan rozwalony,


W którym mieszkała Sowa (ptak),
Zginął jej kasztan ulubiony
I zaraz wam opowiem jak.

Odwiedził Sowę raz przyjaciel,


Jej druh serdeczny, zwany Mną
(Tak mówię, jeśli go nie znacie),
Kiedy się stało właśnie to.

A dzień był wietrzny i burzliwy,


Wiatr hulał w lesie, że aż strach.
Nagle się rozległ huk straszliwy,
To kasztan runął z głośnym „Trach!"

Więc rzekł Prosiaczek (tak, PROSIACZEK):


— Odwagi niech nie traci nikt,
Niech nikt nie biada i nie płacze.
Sznurka mi dajcie, ale w mig!
-Dzień dobry, Kłapouszku — powiedziałem. — Właśnie o tobie mówiliśmy.
-Za moimi plecami, jak zwykle — odpowiedział Kłapouchy. — Ciągłe naśmiewanie się i takie
różne rzeczy. Już nie wiadomo, czego się teraz można spodziewać. Nawet ze strony
przyjaciół. Jeżeli się ma przyjaciół.
-Przestań opowiadać głupstwa, Kłapouchy. Oczywiście, że masz przyjaciół. Na przykład
Prosiaczka. Właśnie mi mówił, żebym był dla ciebie milszy w związku z twoimi
zmartwieniami.
-On tak powiedział? Ten mały Prosiaczek tak powiedział? Ta piękna, przystojna, młoda świnia
tak powiedziała?

-Cóż.
-Ale kończąc to, co zaczęliśmy...
-Czy wielu ludzi uświadamia to sobie, czy też nie — człowiek, Zwierzę Niższego Rzędu, okazał
się niezdolny do utrzymania przy życiu własnego gatunku — a także innych. — przez dłuższy
czas. Zatem ziemia zaczyna realizować własny plan naprawy sytuacji. Wierna swemu
duchowi szczodrobliwości, łagodności i miłości, ostrzegała nas wielokrotnie o tym, co
zamierza uczynić — właśnie „uczynić" — aby gatunek ludzki przetrwał. Ludzie wrażliwi na jej
głos odbierają te ostrzeżenia. Ale pewnego dnia, kiedy najmniej będą się tego spodziewać, ci
niewrażliwi znajdą się nagle „na dworze w mróz", jak te mamuty, znajdowane od czasu do
czasu w bryłach lodu, z jeszcze świeżymi roślinami w pyskach i takim wyrazem oczu, jakby
mówiły: „Co to? Kto wyłączył ogrzewanie?" Naszym zdaniem, główną przyczyną Tego Co
Nadchodzi jest obecne obnażanie naszej planety — masowe wycinanie jej lasów.
Podczas gdy obywatele amerykańscy wydają rocznie miliard dolarów ze swych podatków na
finansowanie prowadzonego przez Zarząd Lasów Stanów Zjednoczonych Wielkiego
Rozdawania starodrzewu lasów państwowych przemysłowi wyrębowemu i Japonii —
sprawiając, że niezliczone zwierzęta i ptaki tracą swe domy — to rząd Chin stale zatrudnia
czterdzieści pięć milionów ludzi przy zalesianiu, wprowadza sadzenie drzew jako
obowiązkowe zajęcie w szkołach i zarządza, że każdy obywatel Chin powyżej jedenastu lat
musi zasadzić od trzech do pięciu drzew rocznie. (Mniejsze dzieci uczy się siania i
pielęgnowania traw i kwiatów.) Może ci ludzie o Czymś wiedzą.

-Wróciłeś? A znalazłeś Puchatka?


-Nie — odpowiedział Prosiaczek. — Nie wiem, gdzie on się podział. Dzień dobry, Kłapouchy.
-Ach — powiedział Kłapouchy. — Przyjaciel Prosiaczek. Nie tak, jak różni inni tutaj.
-Kłapouchy — spytałem — czy ty widziałeś Puchatka?
-Tak. Widziałem. To taki raczej mały, okrągławy Miś — miła osobowość, ale niezbyt
inteligentny, jeżeli wiecie, co mam na myśli...
-Tak, tak. Ale czy wiesz, gdzie jest?
-Nie.
-O, idzie. Z Królikiem.
-Puchatku — powiedział Prosiaczek — czy pamiętałeś, żeby pomóc Sowie wyrzucić te...
-Oczywiście — odrzekł Puchatek. — Ja mam fonograficzną pamięć, jak wiesz.
-Chciałeś powiedzieć — wtrącił Królik — fotograficzną pamięć.
-Nie — upierał się Puchatek. — Fonograficzną. Kręci się i kręci. A czasami się zacina.
Dlatego tak dobrze wszystko pamiętam.
-A więc zająłeś się tym — powiedział Prosiaczek.
— Zająłem się czym? — spytał Puchatek.

No tak. Ale idźmy dalej. Chcielibyśmy zaproponować parę rzeczy, które pomogą nam
podczas Nadchodzącego Przejścia.
Mamy nadzieję, iż teraz jest już jasne, że taoizm nie jest Drogą Bez Zakrętów. Wszakże
taoizm podąża za Tao, a Tao nie działa sztywno i nieelastycznie. Jak to wyraźnie podkreślił
Lao-tse w pierwszym wersecie Tao Te Ching: „Droga, za którą można podążać [dosłownie:
„Droga, która może być Drogą"], nie jest niezmienną drogą" (werset ten jest zwykle
tłumaczony: „Droga, którą można opisać, nie jest Wieczną Drogą"). Tradycyjnie taoizm
uznawany jest za Drogę Smoka — smok jest chińskim symbolem przemiany. Biorąc pod
uwagę złą prasę, jaką smoki miały w naszej części świata, może lepszym symbolem byłby
Motyl. Ale bez względu na symbol, taoizm jest Drogą Przemiany — drogą, na której coś
zmienia się w coś innego.
Całkiem słusznie przez całe wieki kojarzono taoizm z magią, ponieważ taoizm jest, na takim
czy innym poziomie, formą magii — bardzo praktycznej magii, ale niewątpliwie magii.
Zdradzimy tu dwa sekrety tej magii — dwie zasady taoistycznej przemiany, które mogą
okazać się przydatne w nadchodzących latach. Pierwsza mówi: Zamień negatywne w
pozytywne. Druga mówi: Przyciągaj pozytywne pozytywnym. W przeciwieństwie do
niektórych innych sekretów taoistycznych, nie ma wielkiego niebezpieczeństwa, że wpadną
one w niepowołane ręce — ponieważ w niepowołanych rękach nie będą działały. Możemy
jeszcze dodać, że najlepiej działają w rękach Prosiaczków.
„Przemień negatywne w pozytywne" to zasada dobrze znana w taoistycznych sztukach walki.
Stosując ją dla samoobrony, przemieniacie siłę atakującego w korzystną dla was przez
skierowanie jej z powrotem na niego. W rezultacie on macha pięścią i uderza się sam w
twarz. A po chwili, jeżeli zostało mu choć trochę inteligencji, rezygnuje i zostawia was w
spokoju.
Przemieniając negatywne w pozytywne, współdziałacie ze wszystkim, co napotykacie na swej
drodze. Jeżeli inni obrzucą was cegłami, to wybudujcie dom. Jeżeli rzucają pomidorami,
ustawcie stragan warzywny. Często możecie odmienić sytuację przez zmianę waszego
stosunku do niej. Dla przykładu: korek uliczny można przemienić w okazję do pomyślenia
albo porozmawiania, albo poczytania, albo napisania listu. Kiedy porzucimy nasze
wyobrażenia o własnej ważności i o tym, co powinno być, możemy pomóc sprawom stać się
takimi, jakimi być muszą. W podobny sposób przemieniać można negatywne cechy
osobowości. Egocentryczny upór można przemienić w altruistyczne poświęcenie. Pragnienie
rządzenia innymi można przemienić w pragnienie rządzenia własnym życiem i doskonalenia
go — i pomóc innym w dokonaniu tego samego. Tendencja do gubienia się w szczegółach
może zostać przemieniona w zdolność dokładnego łączenia poszczególnych elementów, krok
po kroku, dopóki nie osiągnie się celu. Niezdecydowanie można przemienić we
wszechstronność i prezentowanie wyważonych opinii. I tak dalej.

Wśród gromów burzy, wiatru świstu,


Rzuciwszy precz od siebie strach,
Do Skrzynki wcisnął się do Listów,
Aż Sowa (ptak) jęknęła: — Ach!
O, dzielny! Byłaż taka chwila,
Byś zadrżał, zatrząsł się lub zbladł?
O, nie! Tyś ze skrzynki swojej wylazł
I wyszedł na szeroki świat.

Teraz podam jeden z moich ulubionych przykładów na to, jak ktoś może się przemienić z
negatywnego w pozytywnego.
W styczniu 1838 roku niezwykle popularny pisarz angielski Charles Dickens przebywał w
hrabstwie York pod innym nazwiskiem i prowadził własne śledztwo w kilku szkołach z
internatami, o których słyszał jeszcze w dzieciństwie. Nie zabrało mu wiele czasu, by
przekonać się, że słyszane przezeń plotki o brutalnym traktowaniu niechcianych dzieci nie
były tak okropne jak rzeczywistość. W oskarżeniu przeciw dyrektorowi szkoły, Williamowi
Shaw, podyktowanym przez ucznia, który stracił wzrok pod jego opieką, Dickens przeczytał,
że: „Kolacja składała się z ciepłego mleka z wodą i chleba... Pięciu chłopców zwykle spało w
jednym łóżku... W niedziele dostawali wodę od płukania dzbanka jako herbatę, w której
pływały robaki... Oprócz niego było tam osiemnastu chłopców, z których dwaj byli całkowicie
ślepi... W listopadzie, kiedy częściowo oślepł, został przeniesiony do osobnego pokoju, gdzie
było dziewięciu innych ociemniałych chłopców..."
W pewne nieprzyjemne popołudnie, w sypiącym śniegu, Dickens chodził po miejscowym
cmentarzu, licząc groby dzieci, które oddano do tanich „szkół" okręgowych. Na jednym
nagrobku przeczytał: „Tu leżą szczątki George'a Ashtona Taylora... który zmarł nagle w
Akademii Pana Williama Shaw..." Przeczytawszy ten napis, Dickens wymyślił postać do swej
następnej powieści — biednego chłopca imieniem Smike, który byłby katowany przez
niegodziwego dyrektora szkoły, dopóki by nie umarł. Następna jego powieść, zatytułowana
Nicholas Nickleby, była napisana w celu zwrócenia uwagi na takie szkoły, jakie Dickens
widział, i — mówiąc jego własnymi słowami — zniszczenia ich. W ciągu roku od ukazania się
Nicholasa Nickleby opinia publiczna sprawiła, że wszystkie szkoły--więzienia w hrabstwie York
zostały zamknięte na zawsze.
W trakcie całej swej kariery literackiej Charles Dickens wykorzystywał elementy własnych
doświadczeń z trudnego dzieciństwa — nieśmiały i wrażliwy młody Dickens był zmuszony
pracować dziesięć godzin dziennie w magazynie pełnym szczurów, podczas gdy jego ojciec
siedział w więzieniu za długi — po to, by rzucić nieco światła na ciemną stronę zadowolonego
z siebie społeczeństwa wiktoriańskiego, ukazując rezultaty tolerowanego przez nie
okrucieństwa i obojętności. Działał on bowiem raczej jako gawędziarz niż reformator. Był
niechętny reformatorom społecznym, ci bowiem zwykle odciągali uwagę ludzi od przyczyn
tego, z czym tak poważnie walczyli, a tym samym zupełnie bezmyślnie zmniejszali rolę
swych wysiłków.
Charles Dickens wolał czarować swą londyńską publiczność lekkimi opowieściami
wypełnionymi humorem, tworząc w ten sposób atmosferę ciepłego bezpieczeństwa, w której
czytelnicy wiedzieli, że wszystkie problemy zostaną rozwiązane i dobro w końcu
zatriumfuje... A następnie do tego miłego, stworzonego na papierze świata wprowadzał tych,
których grzeczne społeczeństwo wolałoby nie dostrzegać — biedaków, zapomnianych,
skrzywdzonych, podeptanych. I wtedy społeczeństwo, które dotychczas nie patrzyło w tę
stronę, zaczęło zwracać uwagę na tych nieszczęśników.
Wywodząc się z niestabilnej rodziny, w której ojciec nie bardzo był ojcem, a matka nie bardzo
była matką, Charles Dickens, prawie sam jeden poprzez swój wielki wpływ, stworzył stabilną
wiktoriańską rodzinę wraz z jej najbardziej kolorowym symbolem — rodzinnym
obchodzeniem świąt Bożego Narodzenia, jakie znamy dzisiaj. Był też w dużej mierze
odpowiedzialny za nowoczesny (choć obecnie zagrożony) pogląd, że dzieciństwo jest
niezwykle ważnym okresem życia, wymagającym szacunku i ochrony.
W okresie Bożego Narodzenia Dickens przebierał się za czarodzieja i zabawiał dzieci własne i
przyjaciół, przemieniając pudełko z otrębami w świnkę morską, wyciągając placek ze
śliwkami z pustego piekarnika, rzucając drobnymi monetami w powietrze.
Charles Dickens był swego rodzaju czarodziejem przez całe życie, magicznie przemieniając
otaczający go świat w lepszy, niż był przedtem. Czyniąc to, dawał nadzieję jej pozbawionym,
szczególnie zagubionym, bezbronnym dzieciom, o które nikt wpływowy i możny wcześniej się
nie troszczył. I dla nich, jak się zdaje, był kimś dużo więcej niż tylko gawędziarzem. Kiedy
zmarł, jego grób w opactwie Westminster odwiedzany był przez tysiące wielbicieli. Pośród
wielu zostawianych tam kwiatowych dowodów pamięci były, jak pisał jego syn, „małe,
nieudolne bukieciki kwiatów przewiązane skrawkiem szmaty”.

I chociaż ciemno było w nocy,


Tyś biegi odważnie sam przez las,
„Ratunku!" krzycząc i „Pomocy!"
I pomoc przyszła na sam, czas.
Więc niechaj każdy w całym Lesie
Na cześć PROSIACZKA okrzyk wzniesie:
Hej!

-Dzień dobry, Kangurzyco. Co ty tam masz?


-Właśnie przed chwilą był u mnie listonosz — odpowiedziała — i przez pomyłkę zostawił list
do Prosiaczka.
-Naprawdę? To dziwne... Listonosz zawsze przychodzi do mnie o tej porze, a tu go nie widać.
-I nie będzie widać jeszcze przez jakiś czas — powiedziała. — Tygrys uciekł z jego torbą.
-Doprawdy? No to moje katalogi i rachunki są już pewnie rozsypane po Stumilowym Lesie.
Mam nadzieję, że dobrze się przy tym bawił.
-Ja je znajdę — powiedział Królik, od razu przejmując dowodzenie. — Sowo, będziesz
potrzebna do szukania z powietrza. A Kłapouchy idzie ze mną. A Puchatek i Prosiaczek...
-Prosiaczek zostaje tutaj — powiedziałem. — Ten list wygląda na Ważny.

Podczas gdy Prosiaczek otwiera swój list, my przyjrzymy się zasadzie „przyciągania
pozytywnego pozytywnym". Łatwiej będzie zrozumieć jej potęgę, jeśli przypomnimy sobie
najpierw Efekt Kłapouchego. Kiedy będziemy często powtarzać dzieciom, że są niezgrabne,
brzydkie, głupie i pozbawione zdolności, to po jakimś czasie staną się właśnie takie. Na
pewnym poziomie umysł przyjmuje i zachowuje powtarzane twierdzenia i przekonania za
prawdę, nawet gdy jest ona od tego daleka. Wrażliwość Prosiaczków sprawia, że są one
szczególnie podatne na tego rodzaju wpływy. To czyni je również ponadprzeciętnie zdolnymi
do pozytywnej przemiany. I dlatego taoizm kładzie taki nacisk na rozwijanie w sobie cech
Prosiaczkowych, a także na znaczenie pozytywnych przekonań i pozytywnych wartości.

-Nie wiem, co mam z tym zrobić — rzekł Prosiaczek. — Może spojrzysz?


-To naprawdę robi wrażenie, Prosiaczku. List z Uniwersytetu Sandhurst... Pemberton Q.
Throckmorton, docent doktor habilitowany itd.

"Wielmożny Pan Prosiaczek. Wielce Szanowny Panie. Senat Uniwersytetu Sandhurst pragnie
poinformować Sz. Pana o swym zamiarze nadania Mu honorowego tytułu Dzielnego Ryjka
(dr). Będziemy niezmiernie zaszczyceni, jeżeli zechciałby Sz. Pan przybyć na ceremonię
nadania, która odbędzie się..."

-Prosiaczku, to wspaniałe! Tytuł honorowy Uniwersytetu Sandhurst! No, no. Teraz


będziesz miał co powiesić na ścianie. Nie wiedziałem, że oni dają takie rzeczy.

Przy czym to byliśmy? Ach, tak.


Prostym przykładem „przyciągania pozytywnego przez pozytywne" jest medycyna
taoistyczna, która wierzy, że tajemnicy zdrowia trzeba szukać w zdrowiu. Zatem taoiści
badają zasady zdrowia i długowieczności — na poziomie umysłowym, emocjonalnym, jak też
fizycznym — i postępują zgodnie z nimi. Natomiast przemysłowa medycyna technologii,
lekarstw i operacji wierzy, że tajemnica zdrowia tkwi w chorobie, a więc bada choroby i
śmierć. W ten sposób typowy Zachodni szpital nie jest miejscem, gdzie chorzy i ranni
dochodzą do siebie, ale polem bitwy, na którym żołnierze medycyny, uzbrojeni w najnowszą i
najdroższą broń, prowadzą nieustanną wojnę z Niezdrowi em.
Podobnie negatywne, wojenne podejście można dostrzec w świecie biznesu, a szczególnie w
jego Zachodniej połowie. Człowiek sukcesu to najczęściej człowiek agresywny — goniący za
rzeczami i dopadający ich. Jest szansa, że jego pozytywne podejście przyciągnie do niego te
rzeczy i stworzy okoliczności sprzyjające powstaniu sukcesu. Ale jest też szansa, że inni
zauważą, jak zwycięża agresja, a nie dostrzegą podejścia. I sami zaczną ją naśladować. A
ponieważ agresja przyciąga większą agresję, goniący za sukcesem zamieniają biznes w
Pędziznes, stwarzając atmosferę stale wzmagającej się walki, w której stosunkowo niewielu
potrafi ów sukces osiągnąć — a jeszcze mniej liczni potrafią być szczęśliwi.

„Poznaj pierwiastek męski, ale trzymaj się żeńskiego... Wróć do stanu dziecka", „Dzieci
bawiące się w życie rozpoznają jego prawdziwe prawa i zależności znacznie lepiej niż dorośli,
którzy... sądzą, że są mądrzejsi przez swe doświadczenia, czyli raczej niepowodzenia".
„Wielki człowiek zachowuje umysł dziecka". Można by powiedzieć, że wielki człowiek bawi się
jak dziecko, a przyciąga jak kobieta. Jego zabawa może być poważna, a jego atrakcyjność
męska, ale w głębi jest jednak dziecinny i żeński.
I to doprowadza nas do człowieka, którego uważamy za największego Prosiaczka wszystkich
czasów, a który zmienił życie własne i milionów innych ludzi przez umiejętne stosowanie
potężnej siły, dostępnej tym, którzy przyciągają pozytywne pozytywnym. Przedstawimy go
następującymi słowami Chuang-tse:
"Gdyby wielki mistrz rządził cesarstwem, pobudzałby umysły ludzi przez działanie w harmonii
z nimi, tak, by wprowadzali w życie jego nauki nieświadomie i bez oporu. Pod jego wpływem
zmieniliby swe zachowanie, wykorzeniliby tkwiące w nich zło i gwałt, i rozwijaliby się jako
jednostki działające dla dobra ogółu w taki sposób, jakby robili to z własnej inicjatywy. Czy
takiego przywódcę można porównać nawet do największych postaci w spisanych dziejach
ludzkości? Musiałby przyjść z czasów, kiedy żadna z nich jeszcze się nie urodziła. Jego
jedynym pragnieniem byłoby przeniesienie innych, umysłów w błogi stan spoczywania w
Cnocie owych zapomnianych już dawno czasów."

W dzieciństwie Mohandas Karamhand Gandhi był drobnym i nieśmiałym chłopcem. „Moje


książki i lekcje były mymi jedynymi towarzyszami — pisał wiele lat później. — Być w szkole
przed dzwonkiem i biec do domu zaraz po skończeniu lekcji — tak wyglądał mój zwykły
dzień. Dosłownie biegłem do domu, ponieważ nie mogłem zdobyć się na rozmawianie z
kimkolwiek". Przez wiele lat nie wychodził z domu po zmroku. Po ukończeniu szkoły wyjechał
do Anglii, by studiować prawo. „Nawet podczas towarzyskich odwiedzin — pisał — obecność
kilku osób powodowała, że stawałem się niemową".
Ale Mohandas K. Gandhi potrafił się uczyć. Uczył się na studiach. Wyciągał nauki z tego, że
jest Prosiaczkiem. A od swych rodziców nauczył się z czasem wielu najważniejszych rzeczy w
życiu.
Od ojca nauczył się znaczenia odwagi, szczodrości oraz niewzruszonego trwania przy
zasadach moralności i prawdzie. Od matki nauczył się znaczenia łagodności, skromności i
troski, a także elastycznej siły, która pozwala zwyciężać przez uleganie. Od obojga nauczył
się, że jeżeli ktoś pragnie uzyskiwać pozytywne rezultaty, to sam musi być pozytywny, i że
dobro stosowane konsekwentnie zawsze zatriumfuje nad złem, nawet jeżeli wydaje się, że
trwa to bardzo długo.
Wreszcie, wygrywając za pomocą tych zasad jedną „przegraną sprawę" po drugiej, Gandhi
stał się znany jako znakomity bojownik, zwyciężający w bitwach, które dla starszych i
bardziej doświadczonych działaczy zdawały się nie do wygrania. Nie tylko je wygrywał, ale
robił to —jak to ujmuje chińskie powiedzenie — „walcząc bez walki".
Zetknąwszy się z masową, usankcjonowaną prawnie, dyskryminacją Hindusów w Afryce
Południowej, Gandhi rozpoczął kampanię biernego oporu. Siedząc w więzieniu za
niestosowne zachowanie, przeczytał esej Henry'ego Davida Thoreau Nieposłuszeństwo
obywatelskie, który stał się dla niego natchnieniem. Szukając jednak bardziej pozytywnego
określenia, wymyślił wraz z kuzynem termin Satya--graha, czyli Siła Prawdy.
Gandhi twierdził, że Siła Prawdy pokona przeciwników za pomocą uprzejmej i cierpliwej
uporczywości — przemieniając ich, a nie niszcząc. Powtarzano mu stale, że to nie może
działać. Ale, mimo wielu przeciwności, stale działało.
W Afryce Południowej Siła Prawdy przyniosła Akt Uwolnienia Hindusów. W Indiach
spowodowała demokratyczne reformy, zjednoczyła podzielone od dawna strefy polityczne,
partie i frakcje, zakończyła wojnę domową, odbudowała przemysł, wyzwoliła naród spod
okupacji brytyjskiej i uwolniła „niedotykalnych" z okowów odwiecznego systemu kastowego,
który powodował ich prześladowanie i odrzucanie przez społeczeństwo. Dało to Gandhiemu
— który nie sprawował żadnej funkcji w rządzie, a jednak był przywódcą Indii — tak wielki
szacunek całego narodu, że mógł wymuszać ustępstwa polityczne głodówkami. Dało mu to
także — pomimo dystansu do tego z jego strony — tytuł Mahatmy, czyli Wielkiego Duchem.
Gandhi podkreślał, że nie jest bogiem, a sukces Satya-graha w jego życiu pokazuje, iż każdy
może osiągnąć podobne wyniki.
Gdziekolwiek Gandhi się pojawił, przemieniał położenie i życie ludzi. Jak pisał jego przyjaciel i
biograf: „Przemieniał ludzkie istoty poprzez traktowanie ich, jakby były nie takie, za jakie się
uważały, ale takie, za jakie chciałyby być uważane, a także jakby tkwiące w nich dobro było
wszystkim, co w nich tkwi".
Różnie opisywano M. K. Gandhiego i jego ruch Siły Prawdy. Ale nasz ulubiony opis nigdy
jeszcze, jak nam się wydaje, nie był cytowany. Jego autorem jest Lao-tse, który wiele wieków
przed urodzeniem Mohandasa Gandhiego opisywał go we wszystkich rozdziałach Tao Te
Ching:

"Nic na świecie nie jest bardziej uległe i łagodne niż woda. A jednak nic nie może równać się
z nią w pokonywaniu opornych i zatwardziałych. Giętkie może pokonać sztywne, miękkie
może pokonać twarde."

* * *

Dlaczego morze jest królem dziesięciu tysięcy strumieni? Ponieważ leży niżej niż one. A
zatem jeżeli wielki człowiek miałby rządzić narodem, musi zasiadać na samym jego dole,
Gdyby miał mu przewodzić, musi stanąć na jego tyłach. Wówczas naród nie będzie czuł się
gnębiony przez jego ciężar ani zagrożony jego pozycją. Świat będzie nim zachwycony i nigdy
się do niego nie zniechęci.

* * *
Dobry dowódca nie pędzi do przodu. Dobry wojownik nie okazuje złości. Dobry zdobywca nie
antagonizuje poddanych. Dobry pracodawca nie wywyższa się. Nazywa się to „Cnotą braku
wysiłku", „wykorzystywaniem ludzkich zdolności" i „sięganiem, niebios" — najdalszą granicą
starożytnych.

* * *

Jestem dobry dla dobrych. Jestem też dobry dla niedobrych. W ten sposób wszyscy dostępują
dobroci. Jestem szczery wobec szczerych. Jestem też szczery wobec nieszczerych. W ten
sposób wszyscy dostępują szczerości.

* * *
Piękna broń to narzędzie zła. Wszystkie stworzenia jej nienawidzą. Z tego powodu
podążający za Drogą nie używają jej... Radość ze zwycięstwa przez gwałt to radość z
morderstwa. Ten, kto raduje się z morderstwa, nie może zjednoczyć wszystkich w całym
cesarstwie... Mądry władca uważa triumf militarny za pogrzeb.
* * *
Gwałtownicy umierają gwałtownie — oto podstawa moich nauk.

* * *

Ustępuj i bierz górę. Zginaj się i prostuj. Opróżniaj się i napełniaj... Wielki człowiek łączy się z
Jedynym i staje się modelem dla swego cesarstwa. Nie popisuje się, a błyszczy. Nie
przechwala się, a jest znany. Nie pragnie władzy, ale jest mu dana. Nie chełpiąc się, trwa. Nie
walczy z innymi, a więc inni nie obracają się przeciw niemu. Starożytni mówili: „Ustępuj i
bierz górę". Czy to jest bezwartościowe powiedzenie? Wprowadź je w życie, a wszystko samo
przyjdzie do ciebie.

Wielu powie, że rady Lao-tse dla rządzących (czy zarządzających swym życiem) miło brzmią,
ale są niepraktyczne — w prawdziwym życiu nie mogą zadziałać. Ale one działały w
prawdziwym życiu. Można nawet powiedzieć, że czyniły cuda. Tylko że Mohandas K. Gandhi
(podobnie jak Lao-tse) tak by tego nie nazwał. Zbyt dobrze wiedział, na czym te „cuda"
polegały: na cierpliwym i uporczywym stosowaniu praw przemiany duchowej, a
szczególnie zasady „przyciągania pozytywnego pozytywnym".

-Wróciliśmy! — powiedział Puchatek.


-Misja wykonana — oznajmił Królik.
-I mamy niewątpliwą niespodziankę dla Prosiaczka — dodała Sowa.
-Tak? Co to? Wszystkie te listy są do Prosiaczka?
-Właśnie tak — rzekł Puchatek.
-Od Wielbicieli — dodała Sowa.
-Do mnie? — zapytał Prosiaczek, a głos uwiązł mu w gardle. — Ja... ja... nie wiem, co
powiedzieć.
-No to nic nie mów — rzekł Kłapouchy posępnie.
-Kłapouchy — zwróciłem mu uwagę. — Przypomnij sobie, co Prosiaczek powiedział...
-Chodziło mi tylko o to — wyjaśnił Kłapouchy, rozchmurzając się nieco — że w takich
przypadkach trudno jest cokolwiek powiedzieć.
-To już lepiej.
-Szczególnie jeśli się jest Niezwykle Skromnym i Cichym Zwierzątkiem. Tak jak Prosiaczek.
-O wiele lepiej.
-Albo jak ja.
-Hmmmmmm.

Jak już dawno zauważyli taoiści, cokolwiek doprowadzone do skrajności przemienia się we
własne przeciwieństwo. Skrajne Yang (pierwiastek męski) przemienia się w Yin (pierwiastek
żeński), i tak dalej. Obecny etap w rozwoju ludzkości — niewątpliwie skrajny — można by
nazwać Epoką Wojownika. Człowiek przeciwko człowiekowi, człowiek przeciwko ziemi... A
zatem, zgodnie z taoistyczną zasadą, następnym etapem będzie Epoka Uzdrowiciela albo coś
podobnego. Lecz przedtem musi nadejść Wielkie Oczyszczenie.
Kiedy nasza planeta zacznie pozbywać się wytworzonych przez człowieka trucizn i leczyć
zadane jej przez niego rany, wielu ludźmi z pewnością owładnie lęk. Wielu ucieknie się do
religii wmawiających im, że są narodem wybranym przez Boga, mając nadzieję, że to uratuje
ich przed gniewem Mściwego Boga (nie dostrzegając faktu, że owa nadchodząca „zemsta" to
w rzeczywistości czyny samego człowieka, które zwróciły się przeciw niemu — i nie
rozumiejąc, że Nieskończona Wszechpotęga istnieje nie tylko dla ograniczonego odźwiernego
w ekskluzywnym Klubie Parafialnych Bigotów). Wielu znajdzie się w niewłaściwym miejscu i
niewłaściwym czasie, ponieważ nie zwracali dostatecznej uwagi na to, co miał im do
powiedzenia świat przyrody. Wielu będzie przeklinało świat, wierząc, że on ich przeklął.
W rzeczywistości jednak jesteśmy najszczęśliwszym pokoleniem od zarania dziejów.
Albowiem kiedy minie okres koniecznego oczyszczenia, będziemy świadkami magicznego
przemienienia świata wokół nas siłami samej ziemi. I zobaczymy na własne oczy to, co
starożytni taoiści nazywali Epoką Doskonałej Cnoty.
Kiedy pozostałości dzisiejszej antyziemskiej cywilizacji zostaną usunięte, znajdziemy się w
rajskim ogrodzie, jaki istniał przed Wielkim Rozdzieleniem. Człowiekowi otworzą się wtedy
oczy — i to już na zawsze, bez najmniejszej wątpliwości. Mądre przewodzenie i łagodne
rządzenie — opisane przez Lao-tse, a praktykowane przez Mohandasa K. Gandhiego — będą
powszechne. I to będzie właśnie Dzień Prosiaczka.

Pożegnanie

Postanowiliśmy zakończyć to nasze Przedstawienie Taoizmu — czy też Wystawienie


Prosiakizmu, czy jak-to-się-nazywa — trzema cytatami z Tego i Owego. Pierwszy jest
buddyjskim powiedzeniem, drugi fragmentem z książki Sir Arthura Conan Doyle'a, a trzeci
naszą skróconą wersją bajki Hansa Christiana Andersena. Po prostu chcemy być
demokratyczni, rozumiecie chyba.

-Ty to lubisz pożyczać różne rzeczy, nieprawda? — powiedział Prosiaczek.


-Tak — dodał Kłapouchy. — A potem nigdy ich nie oddaje.

A zatem buddyjskie powiedzenie:


W świecie prawdy nie ma Wschodu i nie ma Zachodu. A gdzie wtedy jest Północ i Południe?
Iluzja sprawia, że świat się zamyka. Oświecenie otwiera go na wszystkie strony.

Następnie Sherlock Holmes w Naval Treaty:


W niczym dedukcja nie jest tak potrzebna jak w religii —- powiedział, opierając się plecami o
okiennice.

Człowiek precyzyjnie rozumujący może przekształcić ją w naukę ścisłą. Wydaje mi się, że


nasze dogłębne przekonanie o dobroci Opatrzności wynika z faktu istnienia kwiatów.
Wszystko inne — nasze moce, nasze pragnienia, nasze posiłki —jest niezbędne dla samego
naszego istnienia. Ale ta róża jest dodatkiem. Jej zapach i jej barwa stanowią upiększenie
życia, a nie jego warunek. Tylko dobro daje coś dodatkowego, a zatem twierdzę, że wiele
nadziei płynie dla nas z kwiatów.

I wreszcie nasza skrócona wersja Słowika:


Cesarz Chin uwielbiał słuchać śpiewu słowika, co dawało mu wiele zadowolenia. Pewnego
dnia podarowano mu mechanicznego ptaka, pokrytego złotem i wysadzanego drogimi
kamieniami. Ku zdziwieniu cesarza, potrafił on śpiewać piosenkę słowika z doskonałą
mechaniczną precyzją, kiedy tylko się chciało. Szybko stał się sensacją w całym cesarstwie —
od chłopskich dzieci po urzędników dworu, wszyscy (albo prawie wszyscy) podziwiali
wspaniałego ptaka, który śpiewał tak doskonale. Odtrącony i zapomniany prawdziwy słowik
odleciał z cesarskiego ogrodu. Lecz po pewnym czasie mechaniczny ptak się zepsuł.
Pozbawiony jego śpiewu cesarz zachorował. Jego stan pogarszał się z dnia na dzień, aż w
końcu władca był bliski śmierci. I właśnie wtedy słowik przyfrunął na parapet okna i
zaśpiewał. Cesarzowi wróciła chęć życia i szybko wyzdrowiał.

A teraz, ponieważ to jest jego książka, Prosiaczek zaśpiewa nam swoją piosenkę.

-Jesteś gotowy, Prosiaczku?


-Tak (hip!), chyba tak (hip!) — powiedział Prosiaczek, który nagle dostał nerwowej
czkawki. — Ona idzie tak...

Odnajdźmy naszą Drogę


Dzisiaj,
By zawiodła nas do jutra —
Podążajmy za tą Drogą,
Drogą jak płynąca woda.
Zostawmy
Za sobą
Rzeczy mało ważne
I zwróćmy
Nasze życie
Ku sprawom prawdziwej wagi.
Nie spieszmy się,
Spróbujmy dostrzec,
Co prawdziwe życie oferuje.
A może wówczas
Znajdziemy znów
To, o czymśmy zapomnieli.
Jak przyjaciel
Wierny do końca
Pozwoli nam to iść naprzód.
Słońce wysoko,
Droga szeroka
Zaczyna się u naszych stóp.
Nikt nie wie,
Dokąd się ciągnie,
Bo droga nie kończy się nigdy.
Wije się,
Wiedzie
Daleko poza nasz horyzont.
Płynie,
Odpływa
Daleko jak płynąca woda.

-Doskonale! — powiedziałem. — Wiedziałem, że potrafisz.


-Czy już doszliśmy do końca? — spytał Prosiaczek.
-Tak — odparłem. — Tak mi się zdaje.
-Zdaje się, że to koniec — powiedział Puchatek.
-No tak. Ale jednak...
-Tak, Prosiaczku?
-W pewnym sensie wydaje się też, że to dopiero początek...